x News

News


25.07.2011

Maraton Liczyrzepa 2011

18 czerwca 2011 miałem przyjemność wziąść udział w Maratonie Liczyrzepa w Jeleniej Górze. Z Zielonej Góry wyjechałem około godziny trzeciej w nocy. Jadąc w kierunku gór tuż za Kożuchowem zaczął padać deszcz. Praktycznie padał całą drogę. Humor mi jednak się poprawił, gdy dojechałem do celu. O dziwo przestało padać. Szybko pobrałem numer starowy, przebrałem się i praktycznie z marszu stanąłem na lini startu. Trochę było nerwówki, gdyż organizator miał spore opóźnienie w stosunku do tego co przedstawiał program zawodów. Sędzia dał znać i o godz.7:15 ruszyłem dziarsko przed siebie. Z całą grupą dojechałem do pierwszego ronda na którym ktoś z przodu wywrócił się. To spowodowało lekkie zamieszanie. Udało mi się bezpiecznie ominąć leżącego. Zapytałem się tylko czy wszytko w porządku. Było OK, więc pojechałem dalej.
Praktycznie od samego startu było pod górę. Z racji tej, że było chłodno to nawet pasowało. Szybko się rozgrzałem. Od trzynastego kilometra jechałem sam. Ktoś mnie wyprzedził, ktoś został w tyle. Nie przejmowałem się tym jednak.
Jadąc na ten maraton miałem tylko jeden cel. Ukończyć go szczęśliwie w czasie miejszym niż dziesięć godzin. Od momentu, gdy się dostatecznie rozgrzałem jechało mi się super. Spokojnie dojechałem na szczyt Łysej Góry. Rozpościerał się z niej piękny widok. Chyba najładnieszy na całej trasie. Potem zjazd, podjazd, zjazd, podjazd i tak cały czas aż do zapory w Pilichowicach. Przed zaporą był taki podjazd, gdzie było bardzo dużo błota. Tam poczułem się jak przełajowiec. No cóż, cały brudny od jakieś glinki grzałem dalej do przodu. Przy zaporze był pierwszy bufet. Pobrałem banana i kawałek ciacha. Po drodze do Siedlęcina był fajny zjazd, gdzie udało mi się jechać powyżej 70km/h. Działy się tam też i dziwne rzeczy. Przemieszczając się zgodnie z oznakowaniem trasy spostrzegłem kolarzy z numerami startowymi jadących pod prąd. Dziwiłem się ja i dziwili się oni. Widok tych zdziwinych twarzy - bezcenny. Przez moment zwątpiłem czy jadę w dobrym kierunku. Pilnując jednak oznaczeń na słupkach byłem przekonany, że jednak coś jest nie tak, ale z nimi a nie za mną. I tak rozmyślając na tym wydarzeniem dojechałem do Starej Kamienicy.
Po drodze minęła mnie spora grupa ścigaczy. Nawet nie próbowałem się do nich doczepić. Nic by mi to nie dało. Zmarnowałbym sporo sił na utrzymanie się z nimi. Doskonale wiedziałem co mnie jeszcze czeka. Z niecierpliwością czekałem aby jak najszybciej zjechać z głównej drogi prowadzącej do Szklarskiej Poręby, gdyż panował tam spory ruch. W końcu zjechałem z niej w kierunku na Jagniątków. Tutaj zaczęła się druga część fajnych podjazdów. Sobieszów, Zachełmie, Przesieka to jest to co lubią tygrysy. Na pargingu pod Odrodzeniem znajdował się drugi bufet na trasie Giga i najwyższy punkt maratonu. Oj, ciężko było się tam wdrapać. Widziałem ludzi co "dawali z buta". Po szybkim posiłu zjechałem w dół do Podgórzyna i dalej ruszyłem na pętlę dystanu Mini. Czyli jeszcze raz Łysa Góra, Pilichowice itp.
Jadąc drugi raz ten sam odcinek mijałem sporo ludzi jadących najkrótszy dystans maratonu. Było fajnie, nie nudziłem się. Widząc kogoś przede mną miałem motywację do podkręcenia tempa. Nawet się nie spostrzegłem jak znalazłem się na trzecim punkcie żywieniowym. Tam tradycyjnie banan, placek, coś do picia i dalej na metę. Znając już trasę nie musiałem koncentrować się na znakach umieszczonych na słupkach. I tak po ośmiu godzinach jazdy znalazłem się na mecie. Cały, zdrowy i bez strat sprzętowych. Rower na którym jechałem sprawował się należycie. Trasa trudna i piąkna. Zero płaskiego. Oznakowanie według mnie perfekcyjne. Bardzo mi się podobło potwierdzanie kierunku jazdy. Jest do cholernie przydatne. Jednym słowem było SUPER. Z czasu jaki uzyskałem jestem zadowolony. Tym bardziej, że do tamtej pory przejechane miałem trochę ponad dwa tysięce kilometrów.
Dane z licznika:
Dystans: 208 km
Czas netto: 8:18:57
Czas brutto: 8:23:15
Przewyższenie: 3355m
Średnia: 24,8 km/h


22.08.2010

Mocne 84.5

Wreszcie się udało i planowany od początku lipca wyjazd do Karpacza wypalił. Pomysł zmierzenia się ponownie z podjazdem pod przełęcz Karkonoską męczył mnie od dawna. Fakt, że pokonywałem go już dwa razy wcale mnie nie zniechęcał. Czas od ostatniego podjazdu pod tę górę (dwa lata temu) pozwolił zapomnieć jak ona potrafi zaboleć. Tak, więc w niedzielę pobudka o 5:30 i wyjazd parę chwil później. Oj, jak nie chciało się wstać. Tym bardziej, że w sobotę zaliczyłem fajną imprezę u przyjaciela, która po wielkim obżarstwie i baletach zakończyła się tuż po północy.
Mimo to zgodnie z planem około godziny dziesiątej zameldowałem się w Karpaczu. Samochód zostawiłem w dolnej części miasta. Krótki sen i lenistwo po wczorajszej balandze zmusiły mnie do małej zmiany planu wycieczki. Początkowo chciałem od razu zatakować Odrodzenie. Jednak wolałem się troszkę rozgrzać. Zjechałem do Podgórzyna i stamtąd ruszyłem do Karpacza Górnego. Tak jak przypuszczałem było ciężko, jednym słowem strasznie muliłem, ale to mi pozwoliło złapać odpowiedni oddech i rozgrzać mięśnie. Po dotarciu na szczyt - w tył na lewo i w dół do Podgórzyna. Jeszcze w miarę rześkie powietrze przewietrzyło mi mózg i mogłem zacząć właściwą zabawę.

Jazdę pod Odrodzenie zacząłem od miejsca, gdzie zawsze odbywał się start do czasówki Cezarego Zamany (350 mnpm). Do parkingu znajdującego się u stóp właściwego podjazdu dojechałem przez Przesiekę czyli wybrałem trudniejszą wersję. Przez Borowice jest łatwiej. Słońce zaczęło już nieźle przygrzewać.
Na parkingu szybko w lewo, za chwilę w prawo i już przednie koło rozpoczęło mozolną wspinaczkę. Podczas pierwszych dwustu metrów pomyślałem sobie: "po co ja tu przyjechałem, cholera nie dam rady". W głowie kołatały się różne myśli. Coś mi podpowiadało żeby zejść z rowera. Z drugiej strony myślę sobie, że nie po to tu przyjechałem aby łazić z rowerem z buta. Dałem radę dwa razy to i teraz sobie poradzę. Napis na asfalcie 4400 bardzo dołuje. Jeżeli ktoś ma zamiar tam jechać, to niech wytrzyma pierwszy kilometr. Od napisu 3000 do 2000 jest lżej - "wypłaszcza się do ok.10% - 12%". Normalnie jest to masakryczne, ale po pierwszym przejechanym odcinku, gdzie stromizna dochodzi do ponad 20% to właśnie ten kilometr daje chwilę wytchnienia, gdzie można zrzucić łańcuch na mniejszą koronkę z tyłu, stanąć w korby i trochę dokręcić. W połowie drogi mamy więc najtrudniejszy kilometr szosy w Polsce - 15.7 %. Drugi podobnie trudny - 14.1% - jest na tej samej drodze, tuż przed przełęczą. Jeżeli dotrwa się do napisu 2000 to trzeba z głowy wyrzucić wszystkie złe myśli. W nogach jest już strzaszliwy pierwszy odcinek trasy a najgorsze dopiero mamy przed sobą. Jechałem chyba tylko siłą woli. Przepychałem korby stojąc prawie w miejscu. Na dodatek był jeszcze bardzo silny wiatr w twarz. Wydawało mi się, że momentami zatrzyma mnie w miejscu. Jeżeli ktoś chce doświadczyć ile kosztuje wysiłku i wytrwałości przejechanie stu metrów, to nie ma lepszego miejsca niż ten podjazd. Po minięciu napisu 1000 już się myśli się tylko o tym aby zejść z roweru. Wieczność trwa zanim zapoconym oczom ukaże się napis 500. Dotarcie do następnych napisów trwa jeszcze dłużej a pokazują się z większą częstotliwością co 100 metrów. Wreszcie pokazuje się dach schroniska Spindlerova Bouda. Jeszcze chwila, można stanąć w korby i wreszcie postawić stopy na ziemi koło schroniska PTTK "Odrodzenie" (1250 mnpm).

image/DSC06165m.jpg Pomimo, że nogi trzęsą się jak galareta to szczęście jest przeogromne. ZNOWU SIĘ UDAŁO!!!! Nie poddałem się i po raz trzeci pokonałem tą słynną przełęcz. Po krótkiej chwili na złapanie oddechu zjechałem siedem kilometrów w dół na czeską stronę do Spindlerowego Mlyna. Na dole trzasnąłem parę fotek i udałem się ponownie na Odrodzenie. Podjazd od strony Czeskiej jest zdecydowanie łatwiejszy. Po wspinacze od polskiej strony już te 10% wzniesienia nie robi wielkiego wrażenia. Słońce paliło w tym czasie niemiłosiernie. Całe szczęście w okolicy jest mnóstwo strumieni z zimną orzeźwiającą wodą, którą śmiało można napełnić bidon. Niespodziewanie szybko udało mi się ponownie podjachać na przełęcz.

Teraz czekało mnie najgorsze. Zjazd. Jeszcz nigdy nie udało mi się zjechać bez zatrzymywania się. Na góralu zapewne nie ma tragedii, ale na szosówce to dla mnie makabra. Chociaż to ma też dobre strony, bo można porobić trochę fotek. Uff, udało się. Na chwilę zatrzymałem się na parkingu aby rozprostować zesztywniałe mięśnie karku i palce u rąk. Następnie szybki zjazd do Podgórzyna. Aby wykonać plan został mi tylko podjazd pod Orlinek (798m npm). Podczas przejazdu z Podgórzyna do Miłkowa (438m npm) licznik wskazał temperaturę 38 st. Celsjusza. Masakra. Przejazd przez Karpacz w niedzielę po południu to koszmar. Zero przyjemności. Smród spalin i zapachy spalonego mięsa, frytek itp. przyprawiają o mdłości. Ale na legendarny Orlinek trzeba wjechać. To tak jakby być nad morzem i nie wykąpać się w nim. Jakoś dobrnąłem do ronda i po skręcie w lewo zacząłem podjazd na metę odbywającego się tu kiedyś wyścigu Tour de Pologne. Rzeczywiście, ostatnie sześćset metrów daje nieźle w kość (15%). Wreszcie jest meta. Tutaj kończy się moja niedzielna wycieczka do Karpacza. Jeszcze tylko zjad w dół do samochodu i można pakować rower. Może nie przejechałem wielkiej odległości, jednak stopień trudności tej trasy sprawił, że do domu wracałem bardzo zadowolony i usatysfakcjonowany. Ucieszyłem się, że w końcu udało mi się podjechać dwukrotnie na Odrodzenie jednego dnia. Tak od stony polskiej jak i czeskiej. W sumie przejechałem 84,5 km, max.osiągnięta wysokość to 1250m npm i przewyższanie jakie pokonałem tego dnia to 2130m. W drodze powrotnej jeszcze zajechałem do Sosnówki pod dom wypoczynkowy "Społem", gdzie ponad trzydzieści lat temu byliśmy z żoną na wczasach.


13.06.2010

Mój nowy mały rekord

Jakoś się tak składa w tym roku, że jeszcze nie miałem okazji poszaleć w górach. Jedynie w niedzielne poranki udaje mi się przejechać dłuższy dystans niż 100 km. Jednak w pewną niedzielę musiałem z rodziną udać się do Poznania. Oczywiście skrzętnie to wykorzystałem i udało mi się smyknąć w jedną stronę na rowerku. Do pokonania miałem 138 km. Jako, że trasa płaska i nudna, więc postanowiłem pojechać szybszym tempem niż zwykle. O dziwo poszło mi całkem nieźle. Dystans stu kilometórw przejechałem poniżej 3 godzin - co mnie bardzo uradowało, gdyż jeszcze nigdy nie udało mi się zejść poniżej tego czasu na takim dystansie podczas samotnej jazdy. W sumie 138 km przjechałem ze średnią 33,1km/h. Skoro nie ma gór na trasie to dobre i to. Teraz czekam na okazję aby wybrać się gdzieś w góry, ale niestety zawsze coś mi stoi na przeszkodzie.


20.09.2009

Burg und Kloster Oybin

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami ponownie wybrałem się z żoną i przyjaciółmi do Kurortu Oybin. Tym razem bez rowerów. W planach było obejście wszystkich formacji skalnych w tamtym rejonie. Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od wdrapania się na górę Oybin i zwiedzaniu ruin zamku oraz klasztoru. Oybin jest niewielką, malowniczą miejscowością położoną w sercu niemieckiej części Gór Łużyckich. Kurort,letnisko, a przede wszystkim bardzo popularne miejsce wycieczek, również z powodu zabytkowej kolejki parowej, która kursuje tutaj z Żytawy. Jest doskonałym punktem wypadowym na okoliczne górki, takie jak Töpfer, czy Hochwald (Hvozd 749 m). Najciekawszym obiektem w Oybinie są górujące nad miastem ruiny zamku. Romantyczna ruina zamku Oybin, stojąca na wierzchowinie piaskowcowego stoliwa, jest jedną z największych atrakcji turystycznych Gór Żytawskich. Zamek zbudowany był w miejscu, przez które już w dawnych czasach przechodził ważny szlak handlowy z Czech do Łużyc. Aby dostać się na górę trzeba zapłacić 4 Euro od osoby. Uważam, że warto. Ku naszemu zdziwieniu zwiedzanie całości zabrało nam wyjątkowo dużo czasu. Piękna wrześniowa pogoda, wspaniałe widoki nie zachęcały do pośpiechu. Chodziło się tam przyjemnie, co kawałek były ławeczki (w dobrym stanie), na których można było przysiąść i cieszyć się słońcem oraz widokami na okoliczne tereny. Nawet się nie zorientowaliśmy kiedy upłynęło ładnych parę godzin. Niestety nie wyrobiliśmy planu i nie zaliczyliśmy innych fajnych miejsc w tamtych oklolicach. Czyli trzeba będzie pojechać tam jeszcze raz.


15.08.2009

Solidna jazda

W sobotni świąteczny dzień można było wymyśleć dłuższą przejażdżkę. O godzinie 9:00 ruszyliśmy z Pawłem i jego synem Piotrem w kierunku Kożuchowa. Tam też rozstaliśmy się z Piotrkiem i dalej ruszylismy już sami. Zaliczyliśmy Szprotawę, Żagań, Żary, Lubsko, Krosno Odrzańskie. Uzbierało się tego 170 km. Po drodze zatrzymywaliśmy się trzy razy w celu uzupełnienia płynów do bidonów. Było upalnie, więc zużyliśmy wiele litrów napojów. Jechało się fantastycznie ze średnią przekraczającą 30 km/h. Szkoda tylko, że jest tak mało takich dni w roku, kiedy to można spokojnie przy ładnej pogodzie spędzić na rowerze dłuższe chwile.


05-08.08.2009

Nowe tereny

Wreszcie udało się wygospodarować trochę czasu na letni odpoczynek. Zabrałem dwa rowery i udałem się z przyjacielem w góry. Tym razem plan był inny niż zwykle. Postanowiliśmy odkryć nowe dla nas tereny. Wielokrotnie bedąc w Górach Izreskich jeździlismy tylko po nich. Tereny są tam piękne, ale niestety już trochę nam się znudziły. Tak, więc pierwszego dnia na góralach pobuszowaliśmy sobie po znanych nam okolicach. Zajęło nam to parę godzin.
Drugiego dnia postanowiliśmy udać się na zachód od Bedrichova, w którym to mielismy fajną kwaterę. Pojechaliśmy autem do podnóża Gór Łużyckich niewielkiego pasma górskiego w Sudetach Zachodnich. Chociaż to odległość niewielka wybraliśmy samochód jako środek transportowy. Jedzie się tam drogą szybkiego ruchu. Jazda rowerem po takiej drodze nie należy do rzeczy przyjemnych, więc sobie odpuściliśmy. Wybór był słuszny, gdyż później mieliśmy więcej czasu na jazdę rowerami szosowymi. Zatrzymaliśmy się tuż przed granicą z Niemcami w wiosce Petrovice i tam zaczęła się nasza przygoda. Okazało się,że nasza eskapada była strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Jakość dróg idealna, piękne widoki chociaż góry są niewysokie. Najwyższm szczytem jest Lausche (793 n.p.m.). Jednak znaleźliśmy coś co nas powaliło na kolana. To były kapitalne podjazdy. Niektóre miały nawet 18%. Nie były długie lecz konkretne. I tak się kręcąc po okolicy trafiliśmy do kurortu Oybin nad którym króluje góra o tej samej nazwie. Przypomina ona swoim widokiem ul pszczeli. Zauroczeni tym miasteczkiem zgodnie postanowiliśmy wrócić tu kiedyś, ale już na piesze szlaki. Pogoda była idealna, tereny jak z bajki, pyszne naleśniki, aż nie chciało się wracać.
Trzeciego dnia pojawił się plan zaatakowania Przełęczy Karkonoskiej od strony czeskiej. Dwukrotnie wjeżdżałem tam podczas wyścigów organizowanych przez Cezarego Zamanę, ale to było od strony polskiej, gdzie słynny podjazd należy do najtrudniejszych w Polsce. (Tutaj znajdziesz profil podjazdu pod Przełęcz Karkonoską.) Ponownie zdecydowaliśmy się pokonać część trasy samochodem. To był bardzo słuszny wybór ponieważ nawet autem jechało się koszmarnie ze względu na roboty drogowe. Rozciągnięte one byłe na wielokilometrowych odcinkach. Jazda była bardzo uciążliwa, ale za jakiś czas po zakończeniu tych prac Czesi będą mieli następny kawał doskonałej drogi. Podjechaliśmy do miejscowości Rokytnice Nad Jiezorou. Tam przesiedliśmy się na rowerki. Na "dzień dobry" zaczęliśmy od kilkukilometrowgo podjazdu. Nogi nie rozgrzane, więc szło ciężko. Dopiero w drodze powrotnej okazało się, że momentami było 10%. Jednak to jest to co lubimy najbardziej. Po drodze do Vchrlabi było jeszcze trochę pod górę. Trzy kilometry od tej miejscowości odbiliśmy w lewo rozpoczynając bardzo długi i upierdliwy podjazd. Upierdliwy dlatego, że stan nawierzchni był koszmarny. Jadąc ten odcinek czułem się jak na Klasyku Kłodzkim. Kto w nim startował to wie o co chodzi. W końcu dotarliśmy do szerokiej gładkiej drogi prowadzącej do Spindlerovego Mlyna. Tam jechało się idealnie, droga prowadziła cały czas pod górę, ale łagodnie w okolicach 4-5%, więc bardzo szybko dotarliśmy do bardzo ładnej miejscowości o nazwie Spindlerovy Mlyn. Miejscowość ta jest popularnym miejscem zimowych wypadów naszych krajan w góry. Podjechalismy pod szlaban znajdujący się na początku naszego celu wyjazdu. Od przełęczy dziliło nas tylko ok.7km. Podjazd nie był ciężki, no może sama koncówka, gdzie wiał silny "wmordewind". W taki oto spsób dotarliśmy do najwyżej położonego miejsca naszej wyprawy (ok.1200 m n.p.m.). Szybki zjazd i po zasłużonym posiłku udaliśmy się w drogę powrotną do Rokytnic. W sumie wyszło nam ok. 110 km i ok. 2000m przewyższenia. Tak więc w trakcie tego krótkego pobytu w górach poznaliśmy nowe, piękne zakątki Sudetów i Karkonoszy. Pięknie jest pojeździć po górach nigdzie się nie śpiesząc, pokonywać ciężkie podjazdy, podziwiać cudowne widoki, poleżeć na pachnących łąkach, gdzie będąc z przyjacielem nikt i nic nie zakłuca spokoju. To je ono, to jest "Grand Turismo".


14.06.2009

16%

Kolejny fajny wyjazd za nami. Tym razem wypadło na Czechy. W poszukiwaniu stromych podjazdów udaliśmy się jak zwykle w góry Izerskie. Udało się trafić na idealną pogodę do jazdy na szosówkach. Postanowiliśmy zjechać z głównych dróg. Opłaciło się to. Udało nam się odkryć niezłe trasy. Niektóre podjazdy miały w porywach 16% nachylenia. I to było to czego szukaliśmy. W sumie przejechaliśmy 80km, zliczyliśmy 1350m przewyższenia. Natomiast nasze wspaniałe małżonki też nie próżnowały. Pokonały z kijkami ponad 20 km. Zachwycone były pięknymi widokami i soczystą zielenią roślinnności, która stała się tak intensywna po ostatnich opadach deszczu. Jak zwykle nie mogliśmy się oprzeć aby gdzieś nie poleniwić się na słoneczku, którego w tym roku brakuje.


24.05.2009

Park Mużakowski

Znowu poniasło nas do Niemiec a dokładniej na granicę do Łęknicy. Znajduje się tam najpięknieszy park w Niemczech. Część jego jest również po stronie polskiej. Po obu stronach Nysy można spokojnie poruszać się na rowerach. Nikomu to nie przeszkadza a zobaczyć można zdecydowanie więcej w krótszym czasie. Jak zwykle pogoda dopisała, więc śmiało można było zalec też na kocykach, czyli "full wypas".


01.05.2009

W krainie ogórka i bocianów


Święto pracy wraz z żoną postanowiliśmy spędzić z przyjaciółmi na rowerze. Wybraliśmy się w piękny, słoneczny majowy dzień do Niemiec w okolice miejscowości Burg, rejon Spreewald. Tereny te słyną z olbrzymiej ilości kanałów wodnych i jeszcze większych upraw ogórków, które to można nabyć w niezliczonych postaciach. Pisząc to robi mi się smutno - dlaczego u nas tak nie można. Chodzi mi oczywiście o ścieżki rowerowe. Cały dzień spędziliśmy w siodełku. Zrobiliśmy ponad 40 km. Nie uświadczyliśmy ani jednej dziury, ani jednego korzenia na naszej trasie. Wszędzie czysto, nawet można było zaliczyć wizytę w TOI-TOJU, czyli jazda bez stresu. Drogi po których uczęszczaliśmy w wiekszości były asfaltowe, szutru było niewiele. Chociaż jeżeli był, to był w lepszym stanie niż nasze najlepsze drogi. Po drodze mijaliśmy tysiące ludzi na rowerach. Na drogach publicznych pełna kultura. Nikt nie trąbił, kierowcy przepuszczali cierpliwie rowerzystów (tak, tak to nie sen).Szczególnie zapadła mi w pamięci jazda groblą pomiędzy dwoma kanałami. Coś wspaniałego. Można wybrać się tam również z kajakiem. Dosłownie co kawałek są przystanie, w których można zwodować swój sprzęt. Istnieje możliwość odbycia rejsu gondolą. Koszt takiej wycieczki wynosi ok.8 Euro za dwie godziny. Czystej jazdy mieliśmy ok. 4 godzin a reszta to sielanka. Bardzo często robiliśmy przystanki, ponieważ jak tu nie poleżeć na pachnącej łące obok szemrzącej wody. Nawet małe piwo za 5,20 Euro nie potrawiło zmącić dobrego nastroju. Zdecydowanie polecam ten rejon do jazdy typowo rekreacyjnej. Nawet osoba bez specjalego przygotowania może cały dzień spędzić na rowerze. Jeżeli go nie ma, można wyporzyczyć na miejcu. Cen niestety nie znam.


20.02.2009

Wyprawy Cyklomaniaka

Podczas dwóch lat istnienia Ogniska TKKF Cyklomaniak zorganizowaliśmy parę fajnych imprez wyjazdowych. Celem wszystkich było poznanie okolic Gór Izerskich po stronie czeskiej. Można było wychasać się na góralu jak i na szosówce. Początkowo ilość ludzi chcących poznać tamte rejony była dość znaczna. Niestety później chętnych do wyjazdów było coraz mniej. Trudno niech żałują Ci co z nami nie jeździli. Są tam naprawdę fajne tereny do jazdy na dowolnym rowerze a trasy wycieczek można bez końca modyfikować. Oprócz jazdy zawsze był czas na odpoczynek, dobrą strawę jak i oczywiśćie na dużego browca (albo dwa). Można też było uprawiać Nordic Walking, co też czyniono z powodzeniem. Teraz, kiedy za oknem leży ponad 20 cm śniegu fajnie jest powspominać te letnie ciapłe dni spędzone w miłym towarzystwie na rowerku i na dodatek w górach.


19.02.2009

Klasyk Kłodzki 2008

Po roku przerwy postanowiłem wziąść udział w tym najbardziej ulubinym przeze mnie wyścigu. Odbywał się w sierpniu. Niestety, ubiegłoroczne lato nas nie rozpieszczało. Było chłodne i deszczowe. Tak też było i w dzień startu. Deszcz i zimno. Rano po śniadaniu jak zwykle dylemat - jak sie ubrać. Startowałem o godz. 8:00, więc nie było przyjemnie. Do pierwszego podjazdu jechałem w grupie razem z Jackiem. Lubię jazdę w deszczu i jechało mi się bardzo fajnie. Później kręcąc swoim równym tempem nie oglądając się, na pierwszym podjeździe zostawiłem innych zawodników i przez 125 km jechałem na czele stawki wyścigu. Bardzo podobał mi się zjazd po idealnie odnowionej drodze. Nawet padający deszcz nie przeszkodził mi czerpać wielkiej przyjemności z jazdy. Och, gdyby wszystkie drogi w Kotlinie Kłodzkiej były takie..... Pod Puchaczówkę jechało się nieźle, lecz na zjeździe zmarzłem. Pierwszą setkę pokonałem w niezłym tempie (średnia ponad 30 km/h). Pierwszy zawodnik doszedł mnie dopiero na podjeździe pod przełęcz Łaszczową. Zjadz z Łaszczowej każdy wie jaki jest i byłem bardzo szczęśliwy, że udało mi się zjechać bez złapania gumy. Po południu, już za Kłodzkiem pogoda poprawiła się. Jednak siły mnie opuściły i mozolnie pokonywałem kolejne kilometry. Czekał mnie teraz podjazd pod Wilczą. Nie lubię tego podjazdu. Osobiście uważam go za bardzo trudny i wyczerpujący. Zawsze tracę tam najwięcej sił. Może to tkwi w mojej głowie, ale tak jest. Następnie zjazd i słynna Srebrna Góra.Tu poszło spokojnie i bez emocji. Szkoda, może z czasem uda się lokalnym władzą poprawić do końca drogę na przełącz Lisią. Już idą w dobrym kierunku i oby tak dalej. Zjazd z pod Szczelinca był emocjonujący. Slalom między dziurami w jezdni. Świadomość bliskości mety dodawała skrzydeł. W Kudowie jak zwykle tłok na drodze i trzeba było umiejętnie lawirować między "blachosmrodami". Podczas podjazdu pod Złote Wrota TIR naczepą zepchnął mnie na pobocze. Najadłem się sporo strachu. Adrenalina podskoczyła i starałem się jak najszybciej skręcić na podjazd pod Zieleniec. U jego podnóża sprawdziłem czasy jazdy. Było nieźle. Miałem realną szansę zmieścić się w dziesięciu godzinach. Grzałem pod górę ile mogłem z siebie wydusić. Nie udało się. Po 10 godzinach i 9 minutach przekroczyłem linię mety. Realny czas wynikający z mojego licznika to 10:02, czyli zaledwie siedem minut przestoju. Miejsca zajętego nie pamiętam, w końcu to nie ma znaczania. Praktycznie cały dystans 235 km pokonałem jadąc w pojedynkę - tak jak lubię. Byłem zadowolony ze swojego czasu przejazdu, jakby nie patrzeć miałem do sierpnia przejechanych tylko ok.2000 km. Jazda na nowym rowerze sprawiała mi wielką przyjemność, gdyby tylko jakość dróg była lepsza - niestety to był minus tej imprezy. Cieszy mnie to, że nawet bez zbytniego przygotowania mogę pokonać bardzo długą i trudną trasę w niezłym czasie (ponad 4300m przewyższenia). Dopiero teraz znalazłem czas, aby to opisać moją kolejną przygodę z KK (Piszę ten tekst w lutym). Dziekuję organizatorom za super zorganizowaną na wysokim poziomie imprezę.


18.02.2009

Pętla Karkonowso-Izerska 2008

Pierwsza poważna dwudniowa impreza po bardzo długim czasie przestoju. 5-6 lipca 2008 w pięknych okolicach Karpacza Cezary Zamana zorganizował wyścig górski. W sobotę niestety nie dopisała pogoda. Na przemian deszcz, silny wiatr a dodatkowo bardzo niska temperatura sprawiła, że trudna trasa wyścigu była bardzo wymagająca. Dystana jaki pokonałem to 135 km z przewyższeniem ok 1735m. Drugiego dnia było już znacznie lepiej nawet czasami bardzo gorąco, dystans krótszy (99,5 km), ale przewyższenia więcej (2090m). Kulminacyjnym punktem była czasówka na słynną już przełęcz Odrodzenie, gdzie nachylenie stoku jest blisko 30%. Swojego wyniku już nie pamiętam - napewno nie był rewelacyjny (w końcu nie miałem szans aby się dobrze przygotować). Jednak jako jeden z nielicznych nie zsiadłem z roweru, tylko podjechałm :):):).


18.02.2009

Pech

Podczas pierwszego treningu w 2008 a dokładnie 30 marca potrąciła mnie kobieta prowadząca samochód. Wymusiła pierwszeństo i skutecznie wyeliminowała mnie z wiosennych traningów. Długo dochodziłem do siebie. Niestety w końcu ktoś mnie upolował. Po raz kolejny kask uratowł mi życie.


18.02.2009

Nowy przyjaciel Fondriest

W końcu się zebrałem i postanowiłem coś wrzucić na stronę. Myślę, że mi się uda już systematycznie dokładać moje wspomnienia i przemyślenia.

Stało się. Bardzo długo dojrzewała we mnie decyzja w sprawie wymiany roweru szosowego. Szukałem coś co by miało duszę. Na rynku jest sporo marek, niestety bez dusznych. Postanowiłem szukać u źródła, czyli coś francuskiego lub włoskiego. Przeglądając katalogi u Pawła (właściciela sklepu rowerowego Cyklomaniak) zobaczyłem coś co mnie olśniło. To było to! Cudowna rama urzekła mnie od pierwszego spojrzenia. Zakochałem się w Fondrieście. Na ramę czekałem cztery miesiące, ale warto było. Później dołożyłem Dure Ace i w kwietniu 2008 dokonałem pierwszej jazdy. Trafiłem jak należy, frajda z jazdy na tym sprzęcie była wspaniała. Do szczęścia brakowało tylko czasu, aby się maszynką cieszyć. W tym miejscu pragnę podziękować swojemu przyjacielowi Pawłowi za pomoc w spełnieniu marzeń.
W roku 2007 organizując imprezy kolarskie jeździłem niewiele z powodu braku czasu. Jednak udało mi się zaliczyć dwie imprezy: Pętlę Karkonowsko-Izerską i Klasyk Kłodzki.


26.10.2007

Jested 2007

W końcu zakończył się cykl wyścigów GP MTB Amatorów w Zielonej Górze, którego byłem współorganizatorem. Teraz mam już trochę czasu, więc mogę coś wrzucić na stronę. Niestety za wiele tego nie będzie. W tym roku poświęciłem się raczej organizacji GP i oddałem się prowadzeniu firmy. Jednak o kochanym rowerku nie zapomniałem. Brakowało mi uczastnictwa w supermaratonach. Parę razy, tak sobie z marszu pokonałem dłuższe dystanse. Jednak najmilej wspominam wyprawę w Góry Izerskie, na którą wybrałem się z przyjacielem. Ciągle brakowało czasu i ciągle ten wyjazd odkładaliśmy. W końcu pomimo kiepskiej pogody w pewną sierpniową niedzielę wybraliśmy się do Czech. Na miejscu w deszczu przebraliśmy się w kolarskie stroje i ruszyliśmy pod pierwszą przełęcz. Ku naszemu zdziwieniu po drugiej stronie góry nie padało i już przez prawie cały dzień mogliśmy o deszczu zapomnieć. Piszę "prawie", gdyż wieczorem gdy zjeżdżaliśmy do miejsca postoju samochodu, znowu wjechaliśmy w deszcz. Czyli po tej stronie gór padało cały dzień. Moim przewodnikiem był Paweł. Nikt ze znanych mi ludzi nie zna tamtych terenów lepiej niż on. Spokojnym tempem "z nóżki na nóżkę" pokonaliśmy ponad 160 km. Zaliczyliśmy 2900 metrów przewyższania. Okrasą naszej wycieczki był końcowy podjazd na okryty mgłą Jested. Tym razem z drugiej strony niż poprzednim razem. Po przejechaniu ponad stu kilometrów końcówka podjazu daje nieźle w kość. Parę razy pojechaliśmy złą trasą i to zawsze pod górę. Raz nawet był to niezły 12 procentowy podjazd. Czasami warto się pomylić :).

15.05.2007

Inne doznania

To tylko chwilowa cisza. Niewiele jeżdżę w tym roku. Na rowerze szosowym byłem parę razy, gdyż kupiłem nowe siodełko i trzeba było je wypróbować. Trochę też pokręciłem na góralu. Raczej z obowiązku przy wyznaczaniu trasy wyścigów MTB odbywających się pod nazwą I Zielonogórskie Grand Prix MTB Amatorów, które to organizujemy pod szyldem Ogniska TKKF Cyklomaniak. Współorganizacja tych wyścigów to dla mnie wielkie wyzwanie. Czasami myślę sobie, że łatwiej przygotować się do bardzo trudnego maratonu niż zrobić jeden wyścig dla innych. Jednak nie jestem sam. Są wokół mnie wspaniali ludzie z którymi można wiele zdziałać i myślę, że dobrniemy szczęśliwie do końca sezonu. Oczywiście planuję jakiś wypad w kochane góry, bo cóż by to było za życie bez zmagania się z podjazdami. Szkoda mi tylko tych wspaniałych maratonów z cyklu Pucharu Polski na których nie będę. Niemniej jednak zapraszam wszystkich do Zielonej Góry na nasze wyścigi MTB. Więcej informacji na stronie Cyklomaniaka


17.02.2007

Moje 10 lat z rowerem

Zaczęło to się chyba pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdzieś w 1996 roku. Któregoś dnia natknąłem się w piwnicy na rower -- Wigry, czy coś takiego. Na pewno to był składak. Ubrałem dres i pognałem na rondo w kierunku Przylepu. Było to raptem 5 km w obydwie strony. Po powrocie do domu do żony powiedziałem tak: " kobieto, Ty wiesz gdzie ja byłem?" Tak wyglądały początki mojej przygody z rowerem. Drugim rowerem jaki dosiałem była damka. Miała nawet przerzutki. Na tym sprzęcie buszowałem po okolicznych lasach. Powoli łapałem kolarskiego bakcyla. Razem z sąsiadem niedzielnymi przedpołudniami wybieraliśmy się na wycieczki, oczywiście elegancko ubrani w dresy. Nasze trasy były co raz to dłuższe. Niejednokrotnie udało nam się zaliczyć nawet z 50 km. Istny wyczyn. następnie gdzieś tam okazyjnie kupiłem rower trekingowy. Jednak historia jazdy na nim nie była długa. Taka forma kręcenia nie odpowiadała mi, za nudno. W końcu sprzedałem go i kupiłem na giełdzie górala na aluminiowej ramie. Był to rok 1998. Oj tak, na takim sprzęcie mogłem wypuścić się w teren. Praktycznie w każdą niedzielę grzałem po okolicznych lasach, co raz to dalej i dalej. Wsiadałem na rower kiedy się tylko dało. Powoli zacząłem przekształcać się z dresiarza w kolarza z krwi i kości, oczywiście tylko pod względem wyglądu. Kupiłem obcisłe gacie i koszulkę. image/DSC01251m.jpg To było coś. A jak do tego dołożyłem później pedały i buty z ESP, to był szok. Po zaliczeniu kilku wywrotek, od pedałów zatrzaskowych już się nigdy nie uwolniłem. Pod koniec któregoś lata wsiedliśmy z sąsiadem do pociągu, który zawiózł nas do Jeleniej Góry. Może to był rok '99 -- nie pamiętam. Ze stacji na rowerach udaliśmy się na przełęcz Okraj. Tam był nocleg, a rano czerwonym szlakiem błądząc gdzieś po drodze dotarliśmy do schroniska na Szrenicy. Oczywiście po drodze zaliczając Śnieżkę. Nocleg w schronisku i dalej do Jeleniej i pociągiem do domu. Zajęło to nam dwa dni. Tak wyglądała moja pierwsza, wielka przygoda z rowerem. Cholera, później mój kochany rowerek mi ukradli. Następcę jego kupiłem pod koniec roku. Była to niezła maszynka, Merida. Na niej to zaczęła się dopiero prawdziwa jazda. Tłukłem się na niej całą zimę. Nie miała chwili wytchnienia. Chyba, że po operacji wycięcia woreczka żółciowego gdy zawisła na haku. Jednak nie na długo. Woreczek wycieli mi w styczniu a w już marcu wystartowałem w pierwszym w moim życiu wyścigu MTB w Lubiniu. image/29052008048m.jpg Za parę tygodni wziąłem udział w drugim takim ściganiu, też w Lubiniu. Jednak taka forma wyścigu mi nie pasowała. Krótka jazda i duży wysiłek na krótkiej trasie, to nie dla mnie. Całe szczęście, że w tamtym okresie powoli zaczęły rozkręcać się maratony MTB. Mój strój kolarski zaczął wyglądać bardziej profesjonalnie. Kask, okulary i inne takie dodatki dawały mi jakby siły. Poważnie, coś w tym jest, gdy wsiadam na rower "po cywilnemu" to czuję się zupełnie inaczej. Jakoś nie tak. Zaliczyłem pierwsze legendarne Danielki. To był mój pierwszy maraton i to jaki. Zimno, deszcz, błoto,błoto i błoto. Od tamtego czasu nigdy nie jechałem krótkich dystansów. Zawsze pociągała mnie bardziej walka z własnymi słabościami niż rywalizacja z innymi zawodnikami. Może dlatego, że nigdy nie tranowałem kolarstwa i nie ścigałem się w żadnym klubie. Forma takich wyścigów bardzo mi odpowiadała. Wtedy dystanse naprawdę były długie. Później z tego zrezygnowano. Szkoda. To było coś. W roku 2000 kupiłem nowy rower Giant MCM na karbonowej ramie. Pod koniec tego roku miałem wielką przyjemność brać udział w testowaniu nowych rowerów Gianta na nowatorskim systemie zawieszenia NRS w Grecji na wyspie Korfu. Było fantastycznie, choć był to listopad tam jeździło się na krótko, no i te piękne trasy w głębi wyspy. Dzikość terenu, spokój i fantastyczne widoki mam przed oczami do dzisiaj. Nastała zima. Podczas ferii zimowych zaliczyłem wyjazd do Świeradowa, oczywiście z rowerem. I znów szaleństwo. Wyprawa zimą do Karpacza i zjazd z Puchatka po śniegu to dopiero frajda. Zaliczyłem jeszcze parę innych maratonów. Niestety dystanse były coraz krótsze i powoli przestało mnie to bawić. Zacząłem więcej jeździć po szosie. Tak długo, aż dojrzałem do kupna szosówki. I tu zaczyna się historia jazdy po szosie. Coraz więcej i dłużej. Powoli odkrywałem czerpanie przyjemności z szybkiej jazdy. Zawsze wolałem jeździć sam. Byłem niezależny. Nikt mi nie dyktował tempa i nie marudził, że za długo, za ciężko itp. Uczyłem się walczyć z wiatrem i zmęczeniem. Jazda samemu jest inna niż w grupie. Tu trzeba liczyć tylko na siebie. Nikt nie pociągnie ani nie schowasz się za nikogo. W tamtym okresie w chwilach wolnych serwowałem w internecie po alpejskich trasach. Oglądałem fotki słynnych podjazdów znanych z Tour de France. Marzyłem aby tam pojechać, poczuć potęgę tych monstrualnych podjazdów. Tak wbiłem to sobie do głowy, aż w 2002 roku wylądowałem w Alpe D'Huez i wystartowałem w super imprezie La Marmotte. To było to. Wyjazd ten przesądził o mojej miłości do gór. Móc się wspinać na szczyty przez niekończące się podjazdy to coś fantastycznego. Góry nauczyły mnie pokory. Tak mi się tam spodobało, że na drugi rok pojechałem jeszcze raz. Zaliczyłem dach Europy na rowerze szosowym 2802 m npm. Pewnego razu gdzieś w internecie znalazłem komunikat o maratonie szosowym. Pomyślałem, że warto spróbować. Był to maraton w Sosnach koło Gorzowa. Było fajnie. Długi dystans -- to mi pasowało. Zakochałem się w pokonywaniu długich tras. W następnym roku brałem już udział we wszystkich supermaratonach Pucharu Polski. I to z niezłym skutkiem, bo rok 2003 zakończyłem drugim miejscem w klasyfikacji open a pierwszym w swojej grupie wiekowej. Jednak nie to jest dla mnie najważniejsze. Najbardziej sobie cenię znajomości jakie zawarłem w przeciągu tych wszystkich wyścigów. Nigdy nie zapomnę frajdy jaką miałem podczas wspólnej jazdy z kumplami z grupy. Kto tam był, to wie o czym myślę. Tam też zdobyłem swój Everest, pokonałem najdłuższy w życiu dystans. image/PKI_0128m.jpg Nie zapomniane też były chwile na Klasykach Kłodzkich. To kwintesencja tych maratonów. Powoli jednak i te imprezy przestały mnie pociągać. Ileż razy można jechać setki kilometrów. Można wiele, tylko po co. Rower kocham i kochać będę. Teraz chcę się sprawdzić jako organizator wyścigów. Jest to nowe wyzwanie. Czy podołam, czas pokaże. Każdy z etapów mojej przygody z rowerem wnosił coś innego. Każdy był piękny. Ten w dresie i w trampkach, bo odkrywałem piękne okolice swojego miasta. Odkrywałem, że można żyć inaczej. Ten rozdział, w którym szarżowałem na złamanie karku w maratonach MTB i wielokrotnie zadawałem sobie pytanie: "co ja tu robię" dał mi przekonanie, że można więcej i lepiej. No i ten etap szosowy, chyba najważniejszy. Nauczył mnie pokory, wykonywania rzeczy, które wydawały by się nie do zrobienia, wytrwałości i wiary w siebie. Jazda po górach dała mi inne spojrzenia na życie. W życiu bywa tak jak podczas jazdy w wysokich górach, gdy jest ciężko i stromo to zawsze wiadomo, że za chwilę będzie lepiej, czyli w dół. Dziesięć lat mojej przygody z rowerem dało mi wiele przyjemnych i niezapomnianych chwil. Tysiące przejechanych kilometrów, w śniegu, deszczu i upale. Jakże cudowne są czerwcowe wieczorne jazdy podczas których można obserwować piękne zachody słońca, czuć woń skoszonej trawy. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, zawarłem wiele fajnych przyjaźni, złamałem obojczyk. Gdyby nie rower, tego by nie było. Tych wrażeń nikt mi nie odbierze.


29.12.06

Święta, święta i po świętach

Święta minęły w spokojnej i rodzinnej atmosferze. Przedświąteczny okres to ciężka praca i ani chwili wytchnienia. Dlatego zaplanowałem, że te wolne od pracy dni spędzę jak najbardziej aktywnie. I jak postanowiłem tak zrobiłem.
Oto co mi z tego wyszło:
24-12-2006 - bieg w terenie - 10 km
25-12-2006 - rower góral, jazda po szosie - 60 km
26-12-2006 marsz nordycki (z kijkami) w terenie - 18 km
Odkryłem coś wspaniałego. Marsze nordyckie czyli nordic walking. Szczególnie są przydatne zimową porą kiedy wypada odpocząć trochę od roweru. Można grzać z kijkami w każdym terenie i w każdą pogodę. Dzięki temu, że maszerując podpieramy się na kijkach odciążamy o 30% kręgosłup. Doskonała forma spalania tkanki tłuszczowej. Tętno spokojne, a dwie, trzy godziny takiego marszu daje naprawdę sporo frajdy, szczególnie, że wszystko to dzieje się na świeżym powietrzu. Polecam, warto spróbować.

 

29.10.06

Cyklomaniak

28 października 2006 w Zielonej Górze odbyło się zebranie założycielskie ogniska TKKF promującego jazdę na rowerze. Na wniosek grupy inicjatywnej składającej się z następujących osób: Wacław Hansz, Szymon Kuczński, Paweł Schreiter i Mirosław Pyszczek powołano do życia ognisko TKKF "Cyklomaniak". W skład zarządu weszli:
Prezes - Mirosław Pyszczek
Wiceprezes - Grzgorz Grzegorczyk
Sekretarz i skarbnik - Paweł Schreiter
Członek zarządu - Szymon Kuczyński
Członek zarządu - Roman Błażewicz
O szczegółach działalności dodam po uprawomocnieniu się ogniska.

 

30.09.06

Alexander Vinokurov

Razem Alexandrem Vinokourovem przed etapem z Bourg d'Oisans do Gap w
2003 r., w którym zanotował piękne zwycięstwo. W tym roku w wspaniałym
stylu wygrał Vuelta a Espana.


=====================================

22.07.06

Klasyk Kłodzki 2006


22 lipca obyła się trzecia już odsłona coraz to bardziej sławnego Klasyka Kłodzkiego. Tym razem nie było deszczu lecz straszliwy upał. Mój termometr jako maksymalną temperaturę w dniu wyścigu pokazał ponad 38 stponi. Mogę w to uwierzyć, gdyż na dojeździe do Kłodzka na przydrożnym termometrze przy asfalcie było: 49,6 stopnia!!! Do Dusznik przyjechałem wraz z żoną, w piątek wieczorem. Zaraz po znaleźeniu kwatery poszliśmy do biura zawodów. Po drodze zaliczyliśmy bardzo stromy odcinek na którym jutro miała być meta. Nawet z "buta" były problemy z podejściem a co dopiero wjechać. Nocleg mieliśmy w przepięknie położonym miejscu u przemiłych gospodarzy. Czyli wszystko O.K. Noc minęła bezproblemowo. Rano o godzinie szóstej przywitało mnie słońce i temperatura ok.20 stopni co, jak twierdzili gospodarze, o tej porze dnia jest tam raczej nienormalne. Zresztą nienormalne tego dnia było wszystko. Na starcie zjawiłem sie tuż przed ósmą, gdyż startowałem w pierwszej grupie. Tym razem startowałem na "góralu", którego odkurzyłem na początku lipca. Czasami nawet zapominałem, że mam taki fajny rower. W chwili staru puściłem hamulce i spokojnie stoczyłem sie do Dusznik, gdzie skręciłem w prawo na pierwszy podjazd. Nie lubię szybkiego tempa na początku jazdy, więc trudno mi było się rozkręcić. Chociaż później mile wspominałem to miejsce ze względu na najniższą temperaturę. Tam naprawdę było przyjemnie. Gdy dojechałem do drogi prowadzącej z Zieleńca poczułem się jak w domu. Ten kawałek trasy znałem z poprzednich KK. Przełęcz Lasówka nie sprawiła problemów, no a na Spalonej już zaczeło nieźle przygrzewać słońce, które jak się później okazało było wrogiem numer jeden tego dnia. Nawet się nie obejrzałem a już byłem, po pięknym i szybkim zjeździe na pierwszym punkcie kontrolnym , który był również bufetem. Po nim zaczęli mnie już wyprzedzać walczący o punkty w generalce i jakieś tam miejsca na mecie. W dalszym ciągu jechałem swoim dość przyzwoitym tempem praktycznie cały czas sam. Po zaliczeniu Jaworowej o parszywym asfalcie dotarłem do Złotego Stoku skąd trasa biegła do Kłodzka. Odcinek ten wlókł mi się niesamowicie. Nie czułem sie dobrze wśród szalejących Tirów. Jeden z nich minął mnie o milimetry. Gdy dotarłem do Kłodzka byłem zadowolony, że nie muszę się pchać przez to miasto bowiem trasa dużej pętli prowadziła praktycznie bocznymi ulicami. Cieszyłem się też z powodu przekroczenia połowy dystansu. Myślami byłem juz na Srebrnej Górze. Niestety jakimś cudem wyleciała mi z głowy przełęcz Wilcza. Na niej właśnie zaczęły się dla mnie schody. Upał zrobił swoje, zaczęły łapać mnie skurcze. Czasami jechałem lewą strona drogi, gdyż tam był cień. Dla mnie to był najgorszy odcinek trasy. Może dlatego, że już byłem nastawiony na podjazd w Srebrnej Górze a tu jeszcze jedna górka. Dlatego, gdy tam dojechałem ( raczej dociągnąłem się) zrobiło mi się lepiej. Gdzieś tam w połowie podjazdu było żródełko, koło którego stał facet z wiaderem. Poprosiłem go o zlanie mnie wodą, co też ochoczo uczynił. Gdy dotarłem do cytadeli zaszło słońce i trochę pokropiło. Niestety, nie za wiele. Jakże inaczej było dwa lata temu. Myśląc o deszczu zjeżdżałem w dół do Nowej Rudy. Szczęśliwie udało mi się tam nie pobłądzć. Mile byłem zaskoczony jakością drogi na początku podjazdu na Lisią. Jechało się, aż miło. Czyli idzie na lepsze. Za rok może drogowcy dociągną nowy asfalt do szczytu. Za Karłowem było tylko z górki do Szczytnej. Myślę sobie, no wreszcie, została tylko jedna góra i podjazd na metę. No, właśnie tylko jedna, ale jaka!. Wszystko zaczęło sie całkiem niewinnie, domki przy drodze, później las i strumyk. Za to za mostkiem dopiero zaczęła sie zabawa. Było chyba dobrze ponad 20 % i to trzymało. Całe szczęście, że był las i tak nie paliło słońce. Dotarłem na szczyt, gdzie był punkt kontrolny. Całe szczęście, że mieli tam wodę. No, to prawie byłem w domu. Jeszcze tylko zjazd do Dusznik i trochę do góry. Początek podjazdu finałowego nie był taki tragiczny, dopiero ostatnie metry były kwintesencją całej imprezy. O ile pamietam odliczanie odległości pozostałej do mety zaczęło się od ostatniej pięćsetki. Najpierw co sto metrów, pięćdziesiąt a później co dziesięć. Gdy dojechałem do ostatnich dzisiątek już nie patrzyłem w górę. Widziałem tylko białe kreski na drodze i jakieś cyferki. W pewnym momencie przednie koło uciekło mi do góry, bardzo szybko przeniosłem środek ciężkosci na czubek siodełka. Jeszcze chwile, parę obrotów korbami i znalazłem się za linią mety. Jakaś kobieta pytała się czy chcę wody. Nie mogłem wykrztusić z siebie ani słowa. Jakimś tam gestem pokazałem tylko aby oblała mnie wodą, co też zrobiła. W ten oto sposób zakończył się dla mnie morderczy III Klasyk Kłodzki. Jestem szczęśliwy, że udało mi się go ukończyć całości i zdrowiu. Najważniesze jednak, że nie dałem się sponiewierać Kotlinie Kłodzkiej, że ani razu nie "dawałem z buta". Poznałem też nowych, fajnych ludzi z którymi mieszkałem na jednej kwaterze. W sumie bardzo fajna i udana impreza.


=====================================

16.07.06

Pętla Karkonosko - Izerska

Przed zbliżającym się Klasykiem Kłodzkim brakowało mi przetarcia po górach. Ku mojej uciesze natrafiłem na imprezę organizowaną przez Cezarego Zamanę w Przesiece. Do Karpacza nie daleko a do Przesieki jeszcze bliżej, więc pojechałem tam z kolegą Grześkiem. Maraton odbył się 16-07-2006. Trasa o długości 100 km składała się z pięciu etapów. Jednak ukoronowaniem całej imprezy był ostatni etap. Było to 12 kilometrów wspinaczki drogą, udostępnioną rowerzystom po raz pierwszy. Najtrudniejsze były ostatnie 4 kilometry, na których nachylenie drogi osiąga momentami 28-29%! Tam właśnie odbyła się czasówka. Masakra a zarazem coś pięknego. Całość była fajnie zorganizowana. Jazda odbywała się na zabezpieczonej przez policję i strażaków trasie. Na koniec była loteria, której główna nagrodą był rower szosowy. Niestety nie wylosowano mojego numeru, a szkoda. Trasę Pętli Karkonosko-Izerskiej objechałem na luzie, tak aby stracić jak najmniej siły przed czekajacą na końcu czasówką. Podczas jazdy na czas drogę Sudecką przejechałem praktycznie z "blatu", ale jak wjechałem na ostatnie kilometry, to nie mogłem dać wiary jak na takiej stromiźnie położyli kiedyś asfalt. Stan jego jest fatalny, ale da się jechać. Uff, było ciężko. Czas jaki osiągnąłem to: 1:08:53 co pozwoliło mi zająć drugie miejsce w mojej kategorii wiekowej na MTB. Jak na człowieka z nizin, to całkiem nieźle. Najlepszy czas miał Dariusz Baranowski z Astany, wielokrotny uczestnik Tour de France. On to zrobił w 00:35:23. Nic dodać, nic ująć. W sumie udana impreza i fajnie zorganizowana.


=====================================

21.06.06

Taki tam wypad

Ponownie wybrałem się do innej galaktyki by odseparować się od szrej rzeczywistości... Oto kilka fotek:

=====================================

30.05.06

Olek Czapnik zginął

29-05-2006 odszedł od nas na zawsze wspaniały maratończyk, super kolega *Olek Czapnik*. Zginął tragicznie potrącony przez samochód podczas treningu. Morderca zbiegł z miejsca wypadku. Cześć Jego pamięci.
Olku zawsze będziesz w naszych sercach.

=====================================

20.05.06

Kołobrzeski Maraton Rowerowy

Zima niestety długo dawała znać o sobie. Drugiego kwietnia pierwszy raz dosiadłem roweru i wyruszyłem się przejechać. Specyfika mojej pracy pozwala w tygodniu jeździć tylko po godzinie osiemnastej. Stosunkowo niskie temperatury po tej godzinie nie zachęcały do jazdy. Tak więc już wtedy wiedziałem, że w tym roku chyba sobie odpuszczę maratony. Nie pojechałem do Łobza. Do czasu wyjazdu do Kołobrzegu udało mi się uzbierać trochę ponad pięćset kilometrów. Jednak ciężko mi się żyło z myślą, że nie będzie mnie na tych fajnych imprezach. Przecież uczestniczyłem w nich od samego początku. I tak z dnia na dzień rosło przekonanie, iż trzeba jechać bez względu na przygotowanie. W końcu to jedyna okazja spotkać się ponownie z ludzimi, z którymi niejednokrotnie przeżyło się fajne chwile. Postanowiłem nie jechać sam. Gdy wyjazd zaproponowałem żonie, zgodziła się bez chwili zastanowienia. Chciała poznać smaczek wspaniałej atmosfery tych imprez jaki do tej pory znała tylko z moich opowieści. A, że do Kołobrzegu, to tym bardziej dobrze. Konkretnego planu jazdy nie miałem. Patrząc na moje dotychczasowe przygotowanie postanowiłem jechać dystans 155 km i to tempem turystycznym. Psychicznie byłem nastawiony na jazdę samemu. Postanowienie to potwierdziło się w momencie, gdy zobaczyłem skład mojej grupy. Większość w niej startujących miała do tej pory wyjechane ok.5000 km. Do Kołobrzegu dotarliśmy bez przygód wieczorem w piątek. Po odebraniu numeru startowego udałem się na miejsce zakwaterowania. Wieczorem odbyła się krótka i zwięzła odprawa na świeżym powietrzu, na boisku szkolnym. Zapowiadała się w końcu dobra pogoda, bez opadów, które nieźle dawały się we zanki w ubiegłym roku. W komunikatach pogodowych zapowiadano tylko silne wiatry a to przecież żadna nowość. Przecież wieje zawsze. W sobotę przed startem ostrym odbyła się runda honorowa wszystkich uczestników maratonu w liczbie ponad 220 osób. Wraz z moją grupą wystartowałem o godz. 9:15. Gdy "puściłem koło" po paru kilometrach wspólnej jazdy wcale się tym nie zmartwiłem. Chwilę wcześniej zrobił to samo zawodnik z numerem 58. Postanowiłem zaczekać na niego i tak we dwójkę dotarliśmy do 63 kilometra. Gdzieś za Złotym Zdrojem na małym podjeździe zostałem sam. W końcu stało się to co zaplanowałem. Jechałem sam swoim tempem nie wyczerpując się za bardzo. Przynajmniej miałem czas na rozglądanie się dookoła. Mijałem piękne jagodowe lasy. Zresztą tereny przez które była przeprowadzona trasa maratonu były urokliwe. Wielokrotnie przecinałem najważniejszą rzekę tego rejonu - Parsętę. W połowie trasy był punkt żywnościowy, gdzie skusiłem się na wspaniałą drożdżówkę z dżemem. Wody nie dobierałem, gdyż przy niewielkim wysiłku nie piłem za wiele. Przejazd przez punkty kontrolne nie stanowił żadnego problemu, gdyż jadąc w pojedynkę tylko podawałem swój numer i było po wszystkim. Obawiałem się trochę przejazdu przez Białogard, ale obawy moje okazały się bezpodstawne. Zresztą cała trasa była oznakowana doskonale i nie miałem kłopotów z pokonaniem jej, choć muszę zaznaczyć, że była dość skomplikowana. Z przyjemnością nadmienię o kibicach na trasie. Było ich nadspodziewanie dużo, szczególnie przyjaźnie nastawionych dzieciaków, które wyciągały ręce aby przybić "piątkę". Było to miłe. Zaskakująca duża grupa kiboli stała na końcu podjazdu za przejazdem kolejowym. Jak ktoś miał tam już dość zapewne dostał niezły zastrzyk energii. Nie wiem, może pogoda a może nagłośnienie w mediach sprawiły o obecności ludzi na trasie. Pamiętam III Maraton w Gorzowie, gdzie na całym dystanie dwóch okrążeń w okolicach Sulęcina trafiło się aż dwóch kibiców ( dziadek z wnuczkiem). Podziwiając mijające krajobrazy zbiliżałem się do mety. Specjalnie jakoś się nie spieszyłem, nikogo nie goniłem, przed nikim nie uciekałem, słoneczko świeciło, tętno spokojne - było całkiem przyjemnie. Praktycznie jedynym przeciwnikiem był wiatr, ale do niego jestem przyzwyczajony. Gdzieś po drodze spotkałem pana Jana Ambroziaka, który spokojnie sobie jechał w przeciwną stronę niż biegła trasa maratonu. Na ostanich kilometrach jechałem z pechowym zawodnikiem (nr 28), który miał uszkodzone tylne koło. Okazało się, że spotkaliśmy się już kiedyś w Świnoujściu podczs jazdy na trzy rundy dookoła Zalewu Szczecińskiego. Raczej to żadna osobliwość, w końcu tworzymy razem grupę dziwnie zakręconych ludzi, w której gdzieś, ktoś z kimś już razem jechał. Jednak kask i okulary człowieka zmieniają tak, iż po "cywilnemu" trudno się rozpoznać. Razem dojechaliśmy do mety, gdzie zaserwowano mi znakomity żurek. W słoneczku już od dawna wygrzewał się tam Erwin, który też zaliczył jedno okrążenie. Po chwili rozmowy udałem się do miejsca zakwaterowania. Po szybkiej kąpieli udałem się z żoną na spacer po Kołobrzegu. Nie będąc w tym mieście ponad dwadzieścia lat dostrzegłem wiele zmian. Podobały się nam parki, których jest tam naprawdę dużo z rozmaitą roślinnością. Fajny port, tylko ta promenada trochę za dużo wybetonowana. No i te płatne molo, to chyba nieporozumienie, bo w końcu za co tam płacić. Tam przecież nic nie ma. Po zjedzeniu smażonej rybki powoli trzeba było udać się w kierunku bazy zawodów, gdzie miało być ognisko. I było, ale za to jakie? Fajne miejsce, super towarzystwo, nawet komary były fajne. Tylko cholera ta pogoda. Musiała sprawić psikusa. Po drugim piwie, gdzie już miałem dobierać się do znakomitej kaszanki rozszalała się wichura z deszczem. Już rozgorzały ciekawe a zarazem barwne dyskusje, i nagle ten deszcz. Niestety zawsze jest coś nie tak, ale i tak w sumie było miło. W niedzielę o 11:30 nastapiło uroczyste zakończenie maratonu, poprzedzone występami artystycznymi. Kto miał dostać puchar to dostał a wszyscy uczestnicy tradycyjnie otrzymali imienne medale. Były też losowane nagrody. Oczywiście chwilami padał deszcz. Podsumowując, nadmienię, że miałem przyjemność uczestniczyć w kolejnej, udanej imprezie rowerowej. Przejechałem sobie turystycznie trzy powiaty: kołobrzeski,białogardzki i świdwiński. Poznałem nowy kawałek naszego pięknego kraju. Żona odwiedziła stare kąty. W sumie spędziliśmy mile i wesoło weekend. Znowu spotkałem się ze starymi znajomymi. Każde z nas miało coś miłego i pożytecznego dla siebie. Doświadczyłem też czegoś nowego, nie dawania z siebie wszystkiego, aby jak najszybciej dojechć do mety. Naprawdę jest to coś fajnego. Chyba po ciężkich dwóch sezonach nadszedł czas na turystykę. A może poprostu się starzeję.

Dane z licznika:
Dystans: 147,11 km
Czas przejazdu: 5:02:59
Średnia: 29,1 km/h

=====================================

26.09.05

Gorzowski Maraton Rowerowy

W dniach 26 - 28 sierpnia 2005 odbył się długo oczekiwany IV Gorzowski Maraton Rowerowy, który był zarazem ostatnim z cyklu Szosowych Maratonów Pucharu Polski w tym roku. Były do wyboru trzy dystanse: 71 km, 209 km, 418 km. Organizatorzy szykowali wielką "pompę", więc już w piątek wybrałem się do Gorzowa. Fajnie było znów spotkać paru starych znajomych. Wieczorem opowieściom z rowerowych tras nie było końca. Pogoda zapowiadała się ładna. Pierwszy raz w dwuletniej historii maratonów nie miało być deszczu. W sobotę tryskając humorem i pełen optymizmu stanąłem na starcie. który nastąpił o 9:10 z pod Słowianki. Przygotowany byłem do dystansu 418 km. W grupie, w której startowałem byli starzy kompani z ubiegłych edycji PP: Jacek Śliwicki, Erwin Siodłak, Grzegorz Grabiec, Marek Pruss. W takim towarzystwie jechać jest czystą przyjemnością więc samopoczucie moje było doskonałe.Start mojej grupy nastąpił o godz. 9:10. Początkowo zgodnie z założeniami jechaliśmy spokojnie, tak aby się trochę rozgrzać. Zapowiadała sie niezła zabawa. Gdy doszła nas mocna grupa kolarzy startujących za nami dołączyliśmy się do niech w celu zrobienia drobnej selekcji. Pojechaliśmy z nimi parę kilometrów i puściliśmy koło. Zgodnie z oczekiwaniami wyklarowała się solidna ekipa, z którą już można było przystąpić do właściwej jazdy. I tak się stało. Od tego momentu współpraca układała się doskonale. Jechało się wyśmienicie. Pomimo wysokiego tempa był czas na pogaduchy. Mijał kilometr za kilometrem. Mijały też punkty kontrole, które były super zorganizowane. Przed Strzelcami Krajeńskimi doszliśmy dwóch zawodników, których mieliśmy na celowniku od dłuższego czasu. Doszła nas też mocna grupa, która jechała dystans 209 km. Od niej odhaczyło się paru ludków. Z wielkim zadowoleniem powitałem Romka Zelema, który wykręcił niezłą średnią. Szczęście jednak trwało krótko. Z tych co dołączyli do nas nieźle pracował tylkom Romek. Reszta jechała jakoś dziwnie. Od tego momentu wszystko zaczęło się psuć. Straciliśmy rytm, prysła doskonała zgodna jazda. Tak dojechaliśmy do Barlinka. Tam był punkt kontrolny i bufet. Po pobraniu napojów i pożywienia ruszyliśmy dalej. Trasą tą jechałem niedawno samochodem z Choszczna i wiedziałem, że nie przysporzy żadnych kłopotów. Droga szeroka i równiutka szybko doprowadzi do Gorzowa, skąd dalej na drugą pętlę z całkiem niezłym czasem. Niestety, w moim ( i nie tylko w moim ) przypadku nigdy to nie nastąpiło. Jazda i zachowanie na drodze niektórych zawodników doprowadziło do potężnego karambolu. Pech chciał, jechałem akurat w tylnej części peletonu składającego się z kilkunastu osób. Ktoś z przodu ( wiem kto ) zrobił " rybkę", ktoś liznął koło i się zakotłowało. Odruchowo, aby nie wpaść na leżących przede mną skęciłem w lewo - na pobocze. Na nieszczęście dla mnie był tam głęboki, zarośniety pokrzywami rów. Zdecydowanie za głęboki. Usłyszałem trzask łamanej kości, było to obojczyk. I w tym momencie IV Gorzowski Maraton Rowerowy się dla mnie zakończył. Reszta grupy się pozbierała i pojechała dalej. Chociaż Jacek i Erwin nie brali udziału w karambolu zostali ze mną. Romek też chciał , ale nie było sensu aby tyle osób siedziało tam ze mną, więc pojechał dalej. Marek połamał klamkomanetkę, ale ogólnie był cały. Jacek zadzwonił po karetkę a Erwin i Marek się mną zaopiekowali. Czekaliśmy dość długo na karetkę, która zabrała mnie do Barlinka. Chłopaki zaopiekowali się rowerem ale niestety w związku z dużą stratą nie pojechali na drugą pętlę. Trafiłem do szpitalnej izby przyjęć, gdzie otoczono mnie doskonałą opieką. Lekarz dyżurny okazał się też zapalonym cyklistą, więc lepiej nie mogłem trafić. Zresztą cała dyżurująca wtedy ekipa okazała się bardzo ciepła i serdeczna. Za co im bardzo dziękuję. Stwierdzono złamanie obojczyka z przemieszczeniem. Spędziłem tam parę godzin. Gdy już mnie obgipsowano zadzwoniłem do Jacka, który zabrał mnie do Gorzowa. I w taki oto dziwny sposób dotarłem na metę. Tego samego wieczora postanowiłem razem z Romkiem wrócić do domu. Pomimo tak przykrych doświadczeń okazało się, że są ludzie na których można polegać i że nie liczą się tylko punkty i miejsce na mecie. Tym wszystkim, którzy mi pomagali serdecznie dziękuję. Strasznie też żałuję, że nie mogłem być na zakończeniu imprezy, którą tak fajnie zorganizował Jurek Złotowski ze swoimi ludźmi.

=====================================

13.08.05

Gryfland 2005

6-08-2005 odbyła się następna impreza z cyklu Pucharu Polski w Supermaratonach Szosowych w Gryficach pod nazwą "Gryfland 2005". Były do wyboru dwa dystanse: 320 km lub 160 km. Jak zwykle wybrałem tą dłuższą opcję. Po słabo przespanej nocy obudził mnie deszcz. Prognoza pogody, jak to zwylke bywa na naszych maratonach nie była zechęcająca do jazdy. Było, jak na sierpień stosunkowo zimno i deszczowo. Wraz z czternastoma uczestnikami w grupie dziesiątej wystartowałem o gdzinie 9:45. Całe szczeście, że w momencie staru przestało padać. Trasa maratonu skierowała mnie na północ, nad morze. Bardzo mocne tempo od samego startu porwało grupę na strzępy. Część uczestników ostro poszła do przodu. Zabrałem sie z nimi. Jednak jazda taka za bardzo mi nie odpowiadała. Nie lubię ostrgo tempa na początku wyścigu, wolę się trochę rozkręcić. Przed Pobierowem puściłem koło i dalej postanowiłem jechać sam. Wiedziałem, że za mną jedzie Grzegorz. Nie myliłem się. Doszedł do mnie w okolicach Rewala. Organizatorzy sprawili nam niezłą niespodziankę w postaci przejazdu przez zatłoczone drogi nadmorskich kurortów. Patrząc z perspektywy czasu była to niezła zabawa. Jednak jadąc w wymiesznym smrodzie spalin i wszelkich rodzajów grillów, gofrów i innych takich tam kląłem ostro. To była makabra. Trzeba było nieźle lawirować pomiędzy stojącymi w korkach autami, biegającymi psami, ludźmi w klapkach na oczach. Całe szczęście, iż tylko raz zawadziłem o samochód, chyba pedałem i tylnym kołem. Tak, że się zblokowało. Najgorszy był przejazd przez Nichorze. Później już było lepiej, a za Trzebiatowem to już miodzio. Niezła droga i prawie zero samochodów. Chociaż w samym Trzebiatowie były też problemy ze znaleźeniem właściwej drogi. Samochody stojące w korku dokładnie pozakrywały strzałki wymalowane na drodze. Ale wspólnie z Gregorym daliśmy radę. Cóż to dla nas. W okolich Reska dopadła nas potężna, lecz na szczęście krótka ulewa. Przecież nie mogło być inaczej, musieliśmy zmoknąć choć raz. Dalej już bez większych przygód dotarliśmy do końca pierwszej pętli w dość przyzwoitym czasie, Gdzieś tam w okolicach 4:46. Na drugą pętlę wyjechał z nami Marek. Tym razem przejazd przez nadmorskie miejscowości nie sprawił już takich atrakcji. Ruch samochodowy był zdecydowanie mniejszy. I tak całkiem sympatycznie równo pracując we trójkę zbliżaliśmy się do mety. Przed Płotami doszliśmy do zawodnika ( z Krakowa) jadącego na góralu, który się do nas przyłączył. Znowu koło Reska zmoczył nas deszcz, tym razem łagodniejszy a nawet przyjemny. Przed Gryficami odskoczył od nas Gregory i z przewagą dwóch minut przed nami zameldował się na mecie. Szczęśliwy i zadowolony przejechałem ten dystans w 10 godz. 16 min. Założenie było takie, aby się zmieścić przed zmrokiem, gdyż nie miałem lampki. Wykonałem je z nawiązką. Po szybkiej kąpieli udałem się do bazy zawodów skąd podstawionym autobusem udałem się na grill party. Wcale mi się nie chciało jechać, lecz nie żałowałem. Dobre piwo (bez ograniczeń ) szybko zlikwidowało zakwasy w nogach. Kiełbasa smarzona nad ogniskiem a przede wszystkim wyborna kapela, która umilała czas sprawiła, że poczułem się jak w niebie. Nawet zagrali coś dla rowerzystów. Było fajnie. Wreszcie można było pogawędzić w przesymatycznym towarzystwie. Pozdrawiam Głuchołazy. Czyli następna fajna impreza zaliczona.



=====================================

21.07.05

Klasyk Kłodzki "Srebrna Góra 2005"

9 lipca 2005 odbył sie długo oczekiwany Klasyk Kłodzki. W tym roku organizatorzy zafundowali do wyboru dwa dystanse: 150 km i 2000m przewyższenia lub 230 km i 3210m przewyższenia. Tym razem z Zielonej Góry wybrałem się Romkiem Zelemem. Srebrna Góra przywitała nas deszczem. Dotarliśmy tam w czasie gdy kilku śmiałków walczyło z czasem na podjeździe pod Donżon. Tradycyjnie już prognoza pogodowa była fatalna. Deszcz w tym klasyku przeszedł już do normalności. Do tego dodać kiepski stan dróg i wszystko staje się jasne. Będzie ciężko. Po dobrze przespanej nocy ( mało brakowało a zaspałbym na start ) wystartowałem tuż przed godziną dziesiątą. Nie padało i było w miarę ciepło, gdzieś w okolicach 14 stopni. Tuż po starcie zaczął się podjazd pod Srebrną Górę. Jechałem nie rozgrzany, więc wspinałem się powoli. Kolesie startujący ze mną szybko mi odjechali lecz wcale się tym faktem nie zasmuciłem. Potrzebuję dość dużo czasu, aby się rozkręcić. Wyprzedziło mnie tam sporo uczestników. Po zjeździe ze Srebrnej doszła mnie paroosobowa mocna grupa jadąca z fajną prędkością. Dołączyłem do nich i tak wspólnie z prędkością oscylujacą w granicach czterdziestki dojechaliśmy pod przełęcz Lisią. Po drodze doszedłem do ludzi z którymi startowałem. Już wcześniej zaplanowałem, że na początku podjazdu odpuszczę i będę się wspinał własnym tempem. I tak się stało. Była też miła niespodzianka, droga została zfrezowana i nie było tam tych potwornych dziur. Podjazd nie przysporzył żadnych problemów, bardziej obawiałem się zjazdów, pamiętając stan dróg z ubiegłego roku. Jechałem na dość łysych oponach, więc miałem trochę stracha. Tym bardziej, że po opadach deszczu na drogach leżało pełno różnych i dziwnych rzeczy. Udało się, dość szybko znalazłem się w Kudowie, gdzie zatrzymałem się na chwilę na bufecie. No, teraz Polskie Wrota i podjazd na Zieleniec. Przed Zieleńcem doszła mnie grupa Grzegorza Grabca. Chwilę pojechałem w tej grupce, ale jakoś nie miałem motywacji, aby jechać z nimi dalej. Zresztą męczyłem się z bułką pobraną na bufecie. Podjazd pod Zieleniec jak zwykle na początku trudny, ale im wyżej tym bardziej się wypłaszczł i nie przysporzył większych problemów. Niespodzianka była na szczycie, gdzie trzeba było omijać maszyny drogowe i taplać się w niezłym, czerwonym błotku. Było trochę przełaju. Zawsze to jakieś urozmaicenie. No, ale i też były plusy. Kawałek pięknego asfaltu. Niestety był krótki, ale dobre i to. Później już normalka, czyli droga popękana jak podczas suszy na pustyni. Tam też minąłem Romka, który walczył ze zmianą dętki. Jechałem w niewielkiej grupce, w której nikt nie kwapił się na wyjście do przodu i jakieś konkretniejsze pociągnięcie. Wyrywali się tylko podczas zjazdów, gdzie ja zjeżdżałem bardzo asekuracyjnie. Trudno, dalej jechałem swoim tempem. Pod Spaloną podjechałem bez wielkich emocji, w punkcie kontrolnym dolałem wody do bidonu i ruszyłem w dół. Tu zjazd był bardzo niebezpieczny, widoczność ze względu na panującą mgłę zmalała do kilku metrów. Na drodze leżał piasek zmyty ze stoków gór. Zrobiło się też dość chłodno. Całe szczęście, że to nie są długie alpejskie zjazdy. Znów udało się szczęśliwie zjechać. Nawet mi się podobało, gdyż droga wiła się fajnymi serpentynkami. W Bystrzycy Kłodzkiej nie miałem żadnej wątpliwości aby jechać długi dystans. Wiedziałem, że za chwilę będzie Puchaczówka. Gdzieś po drodze dorwał mnie deszcz, nawet się ucieszyłem, bo zmył z butów i z roweru czerwone błoto z Zieleńca. Za Puchaczówkę trzeba się brać powoli i tak też zrobiłem. Mimo to z grupki, z którą zacząłem podjazd, na szczycie przełęczy została jedna osoba. Następnie szybki zjazd i już po minięciu Lądka Zdr. zacząłem sie wspinać na następną przełęcz. W porównaniu z ubiegłym rokiem tutaj stan asfaltu znacznie się pogorszył. Droga przypominała dobry ser szwajcarski. Ciężko było znaleźć kawałek drogi bez dziury. Zjazd był zdecydowanie lepszy. Po minięciu "kocich łbów" w Złotym Stoku wjechałem na główną drogę do Kłodzka. Następnie po skręceniu w prawo udałem się do Mąkolna, gdzie był według mnie najnudniejszy odcinek trasy. Płaski i oczywiście pod wiatr. Za to było zdecydowanie najcieplej. Zostały jeszcze do przejechania tylko albo "aż" dwie przełęcze. Pierwsza to Łaszczowa, niby takie nic, ale jeżeli się ma już w nogach trochę kilometrów, to wcale nie jest taka łatwa. Strasznie się dłużyła. Myślałem, że nie ma końca. Ale to nic. Dopiero zjazd po drodze, która wyglądała jak po wybuchu nuklearnym przysporzył dużo wrażeń. Po zameldowaniu się w ostatnim punkcie kontrolnym dotarłem do Kłodzka. I tu zgodnie z prognozą pogody dopadła mnie ściana desczu. Rozległy się też grzmoty, całe szczęście, że nie ochłodziło się zbytnio. Została mi tylko Przełęcz Bardzka i niech nikt nie myśli, że tam było łatwo. Jakoś to przeżyłem, dalej już jechałem w koleinach wypełnionych wodą i dokłatnie byłem kąpany przez przejeżdżające tiry. Jeszcze tylko skręt w lewo i znalazłem się na bocznej drodze na Srebrną Górę, jeszcze tylko 10 km. Było to moje najdłuższe 10 kilometrów w tym roku. Nie dość, że w wodzie to jeszcze pod wiatr. Jedynym urozmaiceniem było to, iż mijałem sporo uczstników klasyka. Niektórych już drugi raz, gdyż pierwszy raz na małej pętli. Oczywiście przed metą pobłądziłem, skręciłem za wcześnie, ale to praktycznie nie miało większego znaczenia. Uważam, że tegoroczny Klasyk Kłodzki był surową imprezą dla twardzieli. Zarówno pod względem trudności trasy, pogody jak i zakwaterowania. I tak trzymać. Trasę klasyka pokonałem w 8 godz.27 min.48 sek.



=====================================

31.05.05

"Pętla Drawska 2005"

9 czerwca w Choszcznie odbył się kolejny maraton szosowy. Była do przejechania pętla o długości 301 km. Pierwszy to raz zagościł Puchar Polski do tego sympatycznego miasta, dlatego z wielką ciekawością przyjechałem na tą imprezę. Maraton zbiegł się z uroczyście obchodzonymi dniami Choszczna. Po Łobezie miałem zamiar nie jeździć już długich dystansów, ale znalazł się taki co mnie namówił. Aura znowu płatała figle. W dzień startu po godzinie dziewiątej rano było ok. 9 stopni i nieźle wiało. Jak na czerwiec to trochę za zimno. Startowaliśmy w grupach po piętnaście osób. Trzon grupy stanowiła garstka sprawdzonych w poprzednich edycjach kumpli z którymi fajnie się jeździ. Reszta osób była z przypadku. Założeniem była równa, spokojna jazda przez cały dystans. Bez szaleńst na bufetach - punktach kontrolnych i z możliwością spokojnego oddawania moczu. Zgodnie z przewidywaniami na początku ktoś odskoczył, potem ktoś został z tyłu. Po kilkudziesięciu kilometrach została nas szóstka i to był najprzyjemnieszy moment jazdy na całym dystansie. Pracowaliśmy bardzo zgodnie. Po dwustu kilometrach mieliśmy bardzo dobrą średnią ( ponad 32km/h), którą osiągneliśmy nimalże bez wielkiego zmęczenia. Jechało sie rewelacyjnie, był nawet czas pogadać. Ale co dobre nie trwa wiecznie. Powoli zaczęliśmy doganiać różnych ludzi, którzy przez jakiś czas jechali dalej z nami. Dogoniliśmy również uciekinierów z naszej grupy, którzy odskoczyli od nas na początku. Byli nieźle wypompowani i współpraca nie układała się najlepiej. Nam raczej nie zależało na miejscu, ani na czasie, więc jechaliśmy spokojnie dalej w dość dużej grupie. Zaliczywszy ostatni bufet na trasie postanowilśmy za Łobezem zatrzymać się na chwilę i wypróżnić ostatni raz nasze pęcherze. Gdy cała duża grupa zaczęła zwalniać w wiadomym celu usłyszeliśmy syrenę policyjną. Funkcjonariusze chcieli najwidoczniej zwrócić nam uwagę, że blokujemy znaczną część drogi. W tym momencie zatrzymaliśmy się i wszyscy zgodnie zaczęliśmy oddawać mocz. Policjanci postali chwilę, popatrzyli, machneli ręką i pojechali dalej. Wyglądało to bardzo zabawnie. Podczas ostatnich kilkudziesięciu kilometrów część jadących z nami trochę się ożywiła i tempo znowu fajnie wzrosło. Odpadło kilka osób po tym jak jakiś młody chłopak wyszedł na zmianę i nieźle ciągnął przez długi okres czasu. I tak w dość ostrym tempie cała grupa dotarła szczęśliwie do mety. Tylko raz (zgodnie z tradycją) dopadł nas deszcz. Popmimo, że dół ubioru miałem na krótko, to nie zmarzłem. Dopiero na mecie, gdy zacząłem stygnąć przy grochówce zrobiło się dosyć zimno i na dodatek zaczął padać deszcz. Uważam, że maraton w Choszcznie był bardzo udany. Organizatorzy pokazali jak się powinno przeprowadzać takie imprezy. Po przebraniu się poszliśmy na basen, gdzie fajnie wygrzaliśmy się w saunie. Potem ognisko, piwo i dobre żarcie. Oczywiście wszystko za darmo. Naprawdę super. Trasa ciekawa, dużo sympatycznych hopek, no i to towarzystwo na trasie sprawiło, że bawiłem się doskonale. Dużą pętlę przejechałem w czasie: 9:41:47.



=====================================

31.05.05

"Izerskie Hory"

Dzięki mojej wspaniałej żonie i synowi, którzy dzielnie zastąpili mnie w pracy mogłem 27 maja ruszyć się na dłuższą rowerową eskapadę. Postanowiłem wystartować w Zielonej Górze a metę sobie zaplanowałem w Czechach na górze Jested (1012 npm) koło Liberca. Ze względu na zapowiadane wysokie temperatury wyjechałem o godz. 6 rano. Tempetarura powietrza 16,4 st. sprawiła, iż do Jagodzina jechało się całkiem przyjemnie. Tam jak zwylke popas, gdzie sympatyczna pani w małym sklepiku ma zawsze pyszne ciasto. Nad trasą do granicy państwa nie będę się rozpisywał, gdyż jest nudna, płaska a dziurawe drogi nie nastrajają do opisu. Dopiero koło Lubania pojawiają się lekkie hopki, dzięki którym trochę ożyłem. Zawsze do Liberca Jechałem przez Zawidów, lecz tym razem dałem się namówić przyjacielowi i pojechałem przez przejście graniczne w Miłoszowie. Nie żałowałem tego, ponieważ do granicy jest tylko 128 km i szybciej jest się w Czechach, gdzie jakość dróg jest zdecydowanie lepsza i jeździ sie bezpieczniej. Muszę dodać, że przez to przejście graniczne można sie przedostać tylko pieszo lub na rowerze. Tylko dwie barierki dzielą rowerzystę od raju. Od razu wjeżdża się na ścieżkę rowerową, póżniej na drogę, gdzie nie spotkałem ani jednego auta. Z dobrą mapą można spokojnymi drogami dojechać do Liberca. Obowiązkowo trzeba mieć kask! Od około godziny dziesiątej już zaczął lać się żar z nieba. Po długiej i zimnej wiośnie organizm mój kiepsko znosił ten upał. Chcąc jak najszybciej znaleźć się w górach, które były już w zasięgu ręki całkiem zapomniałem o zatankowaniu bidona. Za miejscowością Raspenava zacząłem wspinać się na przełęcz Oldrichowską. Coś wspaniałego. Z pełnego słońca wpada się w mrok gęstego liściastego boru. Powierzchnia drogi równiutka jak stół, cień ( przy wjeździe stoją znaki drogowe informujące o konieczności włączenia świateł w aucie) i wreszcie pod górę. Podjazd ten ma parę kilometrów długości. Jadąc w półmroku i w zupełnej ciszy zapomina się o całym świecie. Jednak rzeczywistość szybko się objawiła - pragnieniem. A bidon pusty. Nagle, dobiegł mnie szum spadającej wody, było to jakieś żródełko z orzeźwiającą, zimną wodą. Dawno tak dobrze się nie czułem , jak w momencie nakładania mokrej bandanki pod kask. Bidon pełny i dalej w drogę. Za chwilę się okazało, że jestem na szczycie przełęczy. Teraz już tylko w dół, do Liberca. Tam spotkałem się z Pawłem, którego niestety zmorzyła choroba i z naszego wspólnego podjazdu rowerami na Jested nic nie wyszło. Przy zimnej coli doszliśmy do wniosku, że pojadę sam a on pomoże mi przebrnąć przez miasto. Słońce parzyło bezlitośnie, gdy pomykałem za samochodem Pawła przez Liberec. Jednak była to wątpliwa przyjemność śmigać w upale przez załadowane autami miasto a do podjazdu na górę było ładnych parę kilometrów. Po pary pomyłkach udało się wreszcie znaleźć na drodze prowadzącej na szczyt majestatycznie położonej nad miastem góry. Utrapieniem były tory tramwajowe, z którymi mam niemiłe doświadczenia z porzednich wizyt w Libercu. Jednak innej drogi nie ma i trzeba było się z tym pogodzić. I tak zaczęła się mozolna wspinaczka. Różnica poziomów wynosi tam ok. 670 m. Podjazd chociaż nie długi ( ok. 12 km) dawał się nieżle we znaki. Trochę już miałem w nogach a do tego ta temperatura. Jechałem w momencie największego żaru. Pomimo, że po obu stronach drogi był las to na drodze zero cienia. Ostatnie trzy kilomety są sztywne, zero wypłaszczenia gdzieś tak w okolicy 9 %. Było ciężko. Raz musiałem się zatrzymać aby ochłodzić się w przydrożnym potoczku. No i wreszcie szczyt - plan wykonany. Chwila relaksu, piwo a kiedy odzyskałem wzrok mogłem podziwiać piękną panoramę Liberca wciśniętego w Góry Izerskie. Od domu dzieliły mnie 177,37 km i 7:33:25 jazdy.



"Inna Galaktyka"

Po cudownie przepanej nocy na kwaterze w Biedrichovie czułem się wyśmienicie. Po porannym spacerze i śniadanku Paweł zabrał mnie na wycieczkę po przepięknych terenach Gór Izerskich. Czuł się na tyle dobrze, że pojechaliśmy zaliczyć podjazd o którym wielokrotnie rozprawialiśmy od czasu ostatniego pobytu w tym pięknym rejonie. Jakoś zawsze tak wychodziło, że nie mieliśmy na to czasu. Teraz udało się go zaliczyć. Może nie jest najtrudniejszy, ale na tyle ciekawy, że wystarczająco daje w kość. Są momenty w granicach 15 % i nie ma gdzie złapać oddechu. Następnie pokręciliśmy się po trasach a jest ich tam dziesiątki kilometrów. Całe szczęście, że są bardzo dobrze oznaczone, gdyż to istny labirynt i byłby problem z drogą powrotną. Pomimo wczesnej pory na szlakach było już mnóstwo ludzi, różnej płci, różnego wieku i na wszelakim sprzęcie. Siedząc w cieniu świerków, słuchając śpiewu ptaków i patrzyłem na przemykających ludzi na rowerach, patrząc na ich uśmiechnięte twarze poczułem się jak w innej galaktyce, gdzie nie ma samochodów, problemów życia codziennego. Jestem tylko ja, rower, góry, spokój, czyste powietrze - wolność! W życiu piękne są tylko chwile. Rejon Bedrivchowa to istny raj dla cyklistów. Całymi dniami można tam się włóczyć po dróżkach asfaltowych i szutrach. Jakość ich jest na tyle dobra, że spokojnie mogłem się tam poruszać na szosówce, chociaż to nie jest wymarzony rower do jazdy tym rejonie. Nie ma płaskich odcinków, albo dół, albo góra. Jest sporo akwenów wodnych wciśniętych w krajobraz gór. Czesi są o lata świetlne przed nami, potrafią od dawna dobrze żyć z turystyki. Wystarczy mieć korony ze sobą a z głodu się nie zginie, chociaż już nie jest tak tanio jak kiedyś. Ale to se nie wrati. Praktycznie wszędzie trafi się na gospodę lub schronisko. I tak bez wyraźnego celu cały dzień włóczyliśmy się po prześlicznych zakątkach co chwila chłodząc się w strumieniach. Pięknie jest tak nie śpieszyć się, deptać sobie 10 km/h i podziwiać widoki i to niecałe 200 km od domu. Szkoda tylko, że tak krótko. Koniecznie trzeba to powtórzyć.



=====================================

30.05.05

"Łobeski Maraton Rowerowy"

Drugą imprezą był po raz pierwszy orgzanizowany w Łobezie "Łobeski Maraton Rowerowy". Były do przejechania trzy pętle po 110 km każda. Zapisałem się na 330 km, lecz z tą świadomością, że dopiero na miejscu zdecyduję jaki pojadę dystans. Wszystko miało zależeć od pogody. Prognoza nie była za ciekawa, spodziewane były opady deszczu. Jadnak długie i ciekawe rozmowy z Jackiem sprawiły, że pojechałem najdłuższy dystans. Trasa była bardzo ładna i ciekawa, nie można było się nudzić przez co każde 110 km nie dłużyło się. Początek był z górki i z wiatrem, potem trochę hopek i pod wiatr a na koniec z górki i znów z wiatrem. Miodzio. W imprezie tej brałem udział z wielką przyjemnością, gdyż nie tylko chodziło mi o ukończenie trzech pętli co dla mnie nie stanowi problemu. Najważniesze było to, że tak wpłynąłem na świadomość drugiej osoby, iż pokonała najdłuższy dystans w swoim życiu. Jesteś chłopie mocny a Alpy leżą u Twych stóp. Orgowie spisali się znakomicie. Trasa oznaczona była prawie idealnie. Widzę, że jakość imprez idzie ciągle do góry. Dystans 330 km przejechałem w czasie 11 godz 51 min.



"V Supermaraton Rowerowy Dookoła Zalewu Szczecińskiego"

23 kwietnia 2005 odbył się pierwszy maraton szosowy w tym roku. Ze względu na niewielką ilość przejechanych kilometrów postanowiłem zaliczyć tylko dystans 255 km. Uważałem, że jeszcze za wcześnie aby na początku sezonu nadmiernie forsować organizm. Zresztą po przejechaniu w ubiegłym roku dystansu 765 km odczuwałem jakąś niechęć do długich tras. Jak zwykle w Świnoujściu organizacja imprezy wypadła na wysokim poziomie. Aura nie spłatała figla opadami, jednak niska temperatura i bardzo silny wiatr nieźle dał się we znaki. Według mnie trasa dookoła Zalewu Szczecińskiego jest nudna. Może to, że przejechałem ją już wielokrotnie a może to, że trzeba pchać się Szczecin wsród smrodu z samochodów. Może organizator w przyszłości coś zmieni. Jak w ubiegłym roku jechało mi się przez Niemcy fajnie, to tym razem bardzo kiepsko. Chociaż stan dróg jest elegancki, to jednak zachowanie tubylców w samochodach poza miastem wołało o pomstę do nieba. Był moment, iż kierowca autobusu jadącego na przeciwko celowo chciał zepchnąć nas do rowu. Ciągłe krzyki i obraźliwe gesty w stosuku do nas były na porządku dziennym. Początkowo jechało mi się przyzwoicie, ale niestety na pierwszym punkcie kontrolnym przez nieuwagę przyblokował mi sie hamulec w tylnym kole. I z taką "fajną" blokadą jechałem ładnych parę kilometrów przez co uciekła mi grupa z którą wystartowałem. Padła mi psycha, skąd taki spadek mocy? Dopiero, gdy znalazłem przyczynę mojej niemocy razem z paroma uczestnikami, którzy mnie doszli bez większych przygód dotarłem do mety. W sumie jechało mi się dość ciężko na co złożyły się: słabe przygotowanie ( mała ilość przejechanych kilometrów - długa i upierdliwa zima), zimno i mocny wiatr. Dystans 255 km przejechałem w czasie 8 godz 28 min.



=====================================

17.02.05
Podsumowanie roku 2004:

W mienionym roku nie przejechałem tylu kilometrów ile bym sobie tego życzył.
Niestety praca i inne takie tam. Oto dane z tego co udało mi się uciułać:

Rower szosowy:

w siodle spędziłem: 201godz 39min 49sek
dystan jaki pokonałem: 6029,68 km
średnia prędkość: 31,17 km/h
średni dystans jednego wyjazdu: 91,76 km
złapane gumy: 4

Rower mtb:

w siodle spędziłem: 20godz 55min 52sek
dystan jaki pokonałem: 427,38 km
średnia prędkość: 20,79 km/h
średni dystans jednego wyjazdu: 60,32 km
złapane gumy: 1

=====================================

25.11.04
Zmieniłem wygląd strony, dodałem nowy dział PRASA, w którym bedą zamieszczane informacje ukazane sie w lokalnej prasie... niedługo wrzucę coś dla umilenia zimowego treningu na trenażerze.

=====================================

13.10.04
Dodałem nowy dział "765" z opisem i fotkami Ultramaratonu w Świnoujściu.

=====================================

31.08.04
Klasyk Kłodzki

14-08-2004 odbyła się długo oczekiwana III edycja Pucharu Polski w Maratonach Szosowych czyli Klasyk Kłodzki. Do wyboru były dwa dystanse: 148 km lub 214 km a do objechania parę ładnych przełęczy (przewyższenie 2900m na 214 km). Długi dystans pozwolił na objechanie prawie całej pięknej Kotliny Kłodzkiej. W dniu startu nastąpiło załamanie się pogody i praktycznie całość długiego dystansu pokonywałem w opadach deszczu. Jedynie co się zmieniało to intensywność tych opadów. Na mnie jednak taka pogoda nie robi żadnego wrażenia. Jechało mi się bardzo dobrze, czułem się świetnie i rozkręcałem się w miarę przebytych kilometrów. Jedynie co mnie, i nie tylko mnie wkurzało, to jakość niektórych odcinków dróg. No ale na to nikt nie miał wpływu. Złapałem tylko jedną gumę ( z przednim kole) i to na podjeździe pod przełecz Lisią. Zawiódł mnie natomiast licznik Cateye'a i to bardzo drogi model MSC3Dx. Pomiędzy poszczególne elementy pomimo wcześniejszego zabezpieczenia dostała się woda, ktora zrobiła zwarcie.Nie polecam zakupu. Działał tylko pulsometr. Generalnie jednak obyło się bez większych strat. Imprazę uważam za bardzo udaną i godną polecenia. Dużą pętlę przejechałem w czasie 8:22:03.
Dane z licznika: brak



=====================================


10.08.04
19-06-2004 odbyła sie w Gryficach II edycja Pucharu Polski w Maratonach Szosowych "Gryfland 2004". Pomimo dość kiepskiej pogody udało mi przejechać dwie pętle wyznaczonej trasy czyli 220 km w czasie 6:27:00

Dane z licznika:
Dystans: 212,27
Czas jazdy: 6:22:23
Średnia: 33,31 km/h

Jacek Śliwicki, pan Jan Ambroziak i ja Mieszana ekipa zielonogórsko-gorzowsko-pucka

=====================================


A tu jeszcze pare nowych fotek:

Richard Viranque Alexandre Vinokurow Na La Bonette Jan Kirsipu


=====================================


22.05.04
22-05-2004 odbył się "III Gorzowski Supermaraton Rowerowy - Długie 2004" w którym miałem wielką przyjemność brać udział. Dystans 382 km pokonałem w 13 godz. 17 min.
Dane z licznika:
Dystans: 382,17
Czas jazdy: 13:07:16
Średnia: 29,13 km/h

Na mecie Chwila dekoracji


=====================================


Robiąc porządki znalazłem wykonane przez siebie zdjęcia Lance'a Armstrong'a zrobione na etapie w Alpach 2003r.

Na mecie Na mecie