765
765
W dniach 11-13/09/2004 odbył się IV Supermaraton Rowerowy Dookoła Zalewu Szczecińskiego. Do pokonania były trzy dystanse: 255 km, 510 km i765 km. Długo się zastanawiałem jaki dystans wybrać. Padło na ten królewski - 765 km.Pełen obaw przyjechałem do Świnoujścia w piątek. Tradycyjnie już zamieszkałem w przyzwoitym hotelu z Jackiem i Qrakiem. W sobotę po starcie honorowym, który obwieściła światu salwa z armaty udaliśmy się w asyście policji na start ostry na wyspę Wolin. Grupa, w której sie znajdowałem wystartowała o godz. 9:40. Tradycyjnie już, jak to bywa w Pucharze Polski Maratonów Szosowych po jakimś czasie zaczął padać deszcz. Całe szczęście, że było ciepło. Na całej trasie były trzy bufety zaopatrzone w wyśmienite kanapki i co najważniejsze obsługiwali je wspaniali ludzie, którzy wiedzieli o co chodzi w tym wszystkim. Dwa razy na jednej pętli pokonywaliśmy granicę państwa. Raz w Lubieszynie i raz w Świnoujściu. W tym drugim punkcie nie trzeba było pokazywać paszportów ( napewno to zasługa Wiechora tzn. organianizatora tej imprezy ). Jazda po niemieckiej stronie należała do szczególnej przyjemności ze względu na jakość dróg. Trochę tylko wkurzało ciągłe trąbienie Niemców, ale chłopaki ze Świnoujścia mówią, że to u nich normalne i nie ma co się przejmować. Pierwszą pętlę przejechałem w 7godz.i 51 min. Na punkcie w bazie ubrałem cieplejsze ciuchy ( niestety na te mokre ) i zainstalowałem oświetlenie, gdyż szykowała sie jazda w nocy. Razem z Czarkiem i Olkiem ruszyliśmy na prom. Tam spotkaliśmy Romka. I tak razem zanurzyliśmy się w czeluści nocy. Noc całe szczęście nie była zimna i było w miarę jasno. Tak samo jak na pierwszej rundzie tak i na drugiej pętli w okolicach Szczecina zaczęło padać a na dojeździe do Lubiszyna zarwał się mocny wmordewind. Z wielkim wytęsknieniem czekałem aby tylko dojechać do granicy po przekroczeniu której zaczęły się dobre drogi. Jazda w nocy dała mi bardzo dużo wrażeń. Około godziny pierwszej w nocy zaczęło targać mną znurzenie. Poprostu chciało mi się spać. Jednak w dolinkach, gdzie zbierała się mgła było bardzo zimne powietrze, które szybko cuciło. Po 10 godzinach i 40 minutach znów byłem w bazie. Już się nie przebierałem, tylko w tych samych ciuchach razem z Czarkiem i Romkiem pojechaliśmy na trzecią rundę. Na promie spotkaliśmy Rysia z Marcinem i w takim składzie ruszyliśmy dalej. Początkowo jechało mi się dość ciężko, ale później w miarę upływu kilometrów było coraz lepiej. Przed Szczecinem odjechał nam Marcin i Rysiu. Z Rysiem spotkaliśmy się znowu na granicy. Miał pecha, strzeliły mu szprychy przez co zniszczył obręcz i oponę. Jednak udało mu się załatwić zapasowe koło na którym dojechał do mety. Tym razem niemiecka strona trasy była mniej gościnna. Zaczął wiać potworny wiatr z boku. Dobre ponad 100 km toczyłem walkę nie tylko z własnymi słabościami ale jeszcze dodatkowo z tym cholernym wiatrem. Nawet jazda w grupie nic nie dawała. Gdy za Anklam skręciliśmy bardziej na wschód było już lepiej i jazda po chopkach nawet sprawiała przyjemność.Na ostatnim podjeździe przed granicą Czarek postanowił zafiniszować i odskoczył od nas. Tam też zatrzymała nas niemiecka policja, gdyż jechaliśmy drogą, na której był zakaz jazdy rowerem. Obyło się jednak bez problemów. Jak przystało na Polaków przechytrzyliśmy ich i było po temacie. Do mety dojechałm razem z Rysiem i Romkiem. Czułem się całkiem dobrze, psychika pozwalałaby mi jechać dalej, ale ciało odmawiało posłuszeństwa. Jednak 30 godzin jazdy w mało komfortowych warynkach organizm znosi nie specjalnie. Balo wszystko co mogło boleć. Ale tak właśnie miało być. Dziękuję wszystkim z którymi miałem wielką przyjemność pokonywać ten morderczy dystans a zrobiłem to w czsie 30 godz. i 47 min. Łączny czas przerw wynosił tylko 52 minuty.
EPILOG
Tak,tak można powiedzieć, że sezon szosowy się zakończył. Rok ten był inny niż poprzednie. Z inicjatywy ludzi dobrej woli odbył się cykl maratonów szosowych zwanych Pucharem Polski. Imprezy godne pochwały. Może nie wszystko wychodziło jak należy organizatorom, ale najlepiej zapomnieć o złych a pamiętać o dobrych stronach tych imprez ( a ich było zdecydowanie więcej ). Chwała za to należy się wszystkim organizatorom, którzy poświęcajc swój wolny czas stworzyli coś niezwykłego w naszym dziwnym kraju. Ludzie odwaliliście kawał dobrej roboty a w przyszłym roku może być już tylko lepiej. Sezon ten mogę zaliczyć do udanych. Pomimo tego, iż z powodu braku czasu nie mogłem wyjeździć tylu kilometrów ile bym chciał, to i tak poszło niźle. Do tej pory w tym roku na szosówce przejechałem niecałe 6000 km co w porównaniu z poprzednimi latami jest wynikiem mizernym. Cóż, nie zawsze można robić to co się lubi najbardziej. Takie jest życie. Maratony te pozwoliły mi poznać nowych ludzi z całej Polski równie zakręconych rowerowo jak ja. Zawarłem super przyjaźnie. Jednak najwięcej satysfakcji dało mi pokonanie długich dystansów. Na wiosnę w Długiem było to 382 km co było moim rekordem życiowym. Wtedy uważałem, że to szczyt moich możliwości. Nawet w snach nie przypuszczałem, że porwę się na coś większego. Ziarenko wizji przejechania jeszcze dłuższego dystansu zasiał mi w głowie Jurek Złotowski w trakcie objazdu trasy Klasyka Kłodzkiego. Myśl ta nie dawała mi spokoju, musiałem spróbować. Tak też się stało. W Świnoujściu udało się przejechać 765 km. Dopiero po jakimś czasie dotarł do mnie ogrom tego dystansu. Pokonałem sam siebie z czego jestem naprawdę bardzo dumny. Co wydawało się niemożliwe stało się faktem. Dziękuję wszystkim nawiedzonym, z którymi razem na trasie walczyłem z tradycyjnie już brzydką pogodą,, fatalnymi drogami oraz dystansami jakie zaserwowali nam orgowie na tych 1581 kilometrach maratonów. Im dziękuję za to co zrobili. Na tym dystansie złapałem tylko jedną gumę i obyło się bez innych nieprzyjemnych przygód. Pozdrawiam i do zobaczenia w przyszłym roku.
Podsumowanie:
Kategoria generalna: II miejsce
Kategoria wiekowa M4: I miejsce
Dokładne wyniki na stronie: www.supermaraton.org